wtorek, 26 maja 2015

za co lubię Czechy


Czechy to kraj, w którym byłam kilkadziesiąt razy. Czasem przejazdem, ale zazwyczaj były to pobyty kilkudniowe czy nawet ponad tygodniowe, przemyślane, choć jak zawsze odrobinę spontaniczne - i oczywiście wyładowane po brzegi widokami, gorzkim smakiem piwa, łamanymi próbami mówienia w języku, w którym biegle czytam, ale gdy słyszę swoje wypowiedzi, to łapię się w duszy za głowę (jestem jednak w stanie na luzie prawie wszystko ze spraw praktycznych załatwić).
Jeżdżę do Czech od 1998 roku dość regularnie, ostatnimi laty coraz częściej. W 2013 z dwunastu miesięcy roku spędziłam tam ponad 40 dni. To ewidentnie kraj mi najbliższy z obcych, kraina, w której poruszam się już w miarę sprawnie i czuję bezpieczniej niż na innych, obcych ziemiach, a kody kulturowe czytam z mniejszym namysłem i wahaniem niż w Niemczech czy Holandii.


Lubię ten kraj za spokój, spokój o każdej porze dnia i nocy.
Za to, że możesz wejść do speluny, być jedyną w tym przybytku kobietą, siedzieć wśród pijanych mężczyzn oglądających mecz hokeja Czechy-Białoruś, rozmawiać z towarzyszem w obcym języku - i nikt się nie przysiądzie, nikt nie skomentuje, nikomu nie przeszkadzasz. Nikt nie PATRZY.
Za to, że piwo tańsze od wody.
Za malutkie sklepiki ze zdrową żywnością w każdym zadupiu.
Za sklepy z lanym winem, lanym do takich plastików jak po oleju - a klasy wyższej niż kupowane na masę w Polsce butelkowane Sofie czy Fresco (tfu).


Za świetną, rozbudowaną sieć kolejową, pociągi, w których nie ma tłoku i które podjeżdżają co 20 minut. Czy wiecie, że za różne typy pociągów na tej samej trasie zapłacicie tyle samo, o ile należą do Ceskych Drah (czyli nie są Pendolino, regio jetem lub Leo Expressem)? Czyli nie ma znaczenia, czy wsiadasz w osobak, rychlik czy express - płacisz za dystans, nie za komfort (nie ma zresztą na co narzekać). Bilety są bardzo tanio w porównaniu z polskimi i nikt nie zmusza do wykupienia miejscówki. Jest miejsce, siadasz. A zawsze jest.


Krótki dzień pracy - może czasem pokrzyżować plany turystce, ale mocno go popieram. Czesi nie siedzą w pracy do wieczora, nie trzymają sklepów otwartych do 22 i później, raczej wcześnie wstają, wcześnie zaczynają pracę i wcześnie ją kończą. Wiele miejsc, nawet knajp, jest do 15-15.30. U nas nie do pomyślenia, a ja się cieszę, że właściciel czy pracownik danego miejsca ma czas dla rodziny i nie musi zasuwać za grosze do nocy.


Bezpieczeństwo - byliśmy w nocy w parku w środku miasta. Naprawdę w nocy, między 22 a 23. Ludzie skracają sobie przez niego drogę, biegają samotne dziewczyny. I wcale nie są niesamowicie odważne - wiedzą, że nic złego ich nie spotka, więc czują się bezpieczne. Nikt nie drze mordy, nie bije butelek, nie ma kałuż rzygów, śpiewów po nocy.
Dwa tygodnie temu wróciłam z tygodniowej podróży po Morawach. Tak się złożyło, że akurat odbywały się mistrzostwa w hokeju, sporcie narodowym Czechów (nie pytajcie mnie dlaczego). Wszyscy pili, ale nikt nie był pijany, nikt się nie zataczał, nie krzyczał. Jedyna napotkana głośna grupa kibiców pochodziła z Finlandii.




Jedźcie, i to raczej na prowincję. Praga to naprawdę nie są Czechy.

niedziela, 24 maja 2015

idą zmiany

Po ponad sześciu latach stwierdzam, że nie mam już ochoty pisać w kółko o jedzeniu i przepisach.
Bardzo mnie deprymuje konieczność wspominania non stop o tym, co jadłam i z czego się składało - nie zrozumcie mnie źle, nadal lubię gotować i - zwłaszcza - jeść - ale nie mam już siły o tym pisać, robić zdjęć każdej potrawie i zastanawiać się, czy w relacji "skądś" nie jest za mało zdjęć jedzenia, bo jak to tak, blog jest przecież o kuchni...

Otóż od tej pory nie będzie. Zmieniam formułę, a być może i nazwę.

Pisać postaram się o wszystkim, co mnie zajmuje - podróżach, miastach, w których mieszkam, książkach, pomysłach na życie. O tym, że fajnie jest przejść się w majowy wieczór po zadupiach, jeździć pociągami, nawet znaną trasą, i pić trzy kawy dziennie. Że ktoś tam nagrał niezłą płytę. Że jestem szczęśliwa. Że znów się przeprowadzam.







Kto szuka książki kucharskiej - zawiedzie się. Jest wiele ciekawych blogów z lepszymi zdjęciami, które proponują mnóstwo detalicznie rozpisanych receptur na wszystko. Ja już jestem poza tym etapem. Nie mam ochoty być "twarzą weganizmu", ale Magdą, która czasem napisze o czymś z grubsza ciekawym.

Zawsze najbardziej lubiłam blogi "o wszystkim".

Mam nadzieję, że zostaniecie tu ze mną, żeby co jakiś czas rzucić okiem na nowy wpis. Archiwum nadal pęcznieje od przepisów na obiady, ciasta, pierogi i wszystko, o czym pomarzyć może głodny weganin, więc jest czym się inspirować, nawet jeśli teraz modne są bezy z cieciorki i część tych postów jest już zupełnie demode.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...