piątek, 30 maja 2014

rosół z młodej włoszczyzny

W maju zaczyna się absolutnie cudowny dla wegan czas, kiedy nagle wszystko zaczyna być dostępne w wielkiej obfitości, a i ceny spadają.

Było parę dni upału, potem temperatura spadła o 20 stopni, Polska.
Czas na rosół, ale nietypowy, bo na młodej włoszczyźnie i z kalarepą.

3 młode marchewki
1 młoda pietruszka
1 młody seler wraz z liśćmi
pół dużej kalarepy
dwie garści suchego makaronu
2 łyżki oleju
pół pęczka natki pietruszki
sól, pieprz, sos sojowy

Warzywa kroimy i gotujemy w bulionie przygotowanym z wrzątku, soli i pieprzu. Gdy zmiękną, dorzucamy liście selera, olej, a pod koniec makaron. Wyłączamy gaz, gdy makaron jest miękki, ale nie kompletnie oklapły.
Na talerzach dodajemy sosu sojowego i posypujemy natką.


niedziela, 25 maja 2014

weganka w Warszawie - Laf Laf

Laf Laf mieściło się do niedawna w Galerii Mokotów, a ja mam na Mokotów bardzo daleko, zresztą nie chadzam po galeriach.
Na szczęście ostatnio przeniosło się na ulicę Skorupki, do samego Śródmieścia, niedaleko skłotu Przychodnia i kultowej kawiarni Parana (kultowej nie dlatego, że hipsterka i modna, tylko dlatego, że istnieje w tym samym miejscu od lat 60. i wciąż utrzymuje niskie ceny).


Talerz hummusu z falafelami, do tego gorąca pita. Dawno nie jadłam tak dobrych, świeżych falafeli - dobrze przyprawione, chrupkie. Hummus też godny pochwały - aksamitny, gładki, o ciekawym smaku (nie brak cytryny ani tahiny). Duży błąd, moim zdaniem, popełnia część lokali nie doprawiając hummusu po swojemu cytryną czy zatarem, tylko podając nieco mdłą pastę z plasterkiem cytryny do wyciśnięcia. Plasterek to za mało! Poza tym wiele osób tego nie zrobi, bo pomyśli, że cytryna jest do ozdoby, i tym samym zniechęci się do hummusu, bo zje mdłą pastę z przewagą tahiny.

Za 18 złotych natomiast można zamówić "falafel ucztę" - 6 kotlecików, frytki i gotowane warzywa.
Frytki i falafel to połączenie idealne, a, wbrew pozorom, nigdzie w Warszawie czegoś takiego nie podają.
W Laf Laf można też wypić kawę z mlekiem migdałowym, ale było na nią stanowczo za gorąco. Jest za to pyszna lemoniada domowej roboty, 5zl za dużą szklankę.

Przy okazji wizyty w Laf Laf udałam się na Hożą do Krowyrzywej, gdzie kilka dni temu wprowadzono do oferty regularne wegańskie lody.
To jest ukoronowanie moich ciągnących się latami wegańskich marzeń - lody na mleku roślinnym, nie sorbetowe, a więc na przykład czekoladowe czy waniliowe, dostępne na gałki, do jedzenia na ulicy.
Były bardzo smaczne, zwłaszcza że od lat nie jadłam lodów "mlecznych".


A po jedzeniu - spacer upalnymi ulicami. Miasto topnieje, rozmięka, pustoszeje. Ludzie unikają słońca, za którym tak jeszcze niedawno tęsknili. Starsze panie noszą biel i słomkowe kapelusze. Psy ledwo dyszą i nawet nie udają zainteresowania bieganiem za piłką.
A ja dałam radę przeżyć, włażąc do fontanny na Powiślu.

piątek, 16 maja 2014

flaczki sojowe

Tak, okropna nazwa, też nie lubię.
Nigdy nie jadłam flaków mięsnych, bo te kosmki jelitowe działały na mnie odstręczająco.
Ale zrobić tę typową polską zupę w wersji roślinnej to co innego.


2 marchewki 
4 pieczarki
1 duża cebula
pół słoiczka koncentratu pomidorowego
przyprawa do flaków (nie będę polecać firm, każda się nada)
olej
sól (jeśli nie ma jej w przyprawie)
1/2 łyżeczki ostrej pasty paprykowej, np. harissy - ale niekoniecznie
kotlety sojowe pocięte w paski lub sojove nudlicky

Pokroić cebulę i pieczarki, a marchew zetrzeć na tarce lub pokroić bardzo drobno. Podsmażyć wszystko na oleju kilka minut, posolić. Wlać 4 duże kubki wody, dorzucić proteinę sojową i przyprawy. Przykryć i gotować 20 minut, czasem mieszając. Po tym czasie dodać koncentratu i gotować jeszcze minutę.
Można zabielić roślinną śmietaną.


Kupne flaczki Polsoi się nie umywają, zaprawdę powiadam wam.

sobota, 10 maja 2014

weganka na Słowacji - Koszyce

Najbardziej nie lubię na blogach takich relacji z podróży, które ciągną się tygodniami albo są przerywane innymi wpisami, więc już bez zbędnego przeciągania przystępuję do opisu ostatniej części słowackiej podróży, najdłuższej, bo z Koszyc, gdzie spędziłam nie jedną, a dwie noce.


Koszyce to drugie co do wielkości miasto Słowacji, położone niedaleko granicy węgierskiej. Widać to choćby na billboardach wyborczych do Parlamentu Europejskiego - część z nich zwraca się do mniejszości węgierskiej w jej języku.
Koszyce zdobyły też niechlubną sławę z powodu sytuacji romskiego osiedla Lunik IX. Jeśli macie 9 minut, obejrzyjcie dokument o strasznych warunkach, w jakich żyją wypędzeni z miasta na to osiedle Romowie - https://www.youtube.com/watch?v=YUFUkVivh_M. Przebywają w blokach bez ogrzewania, wody i prądu, a miasto rozdzieliło to osiedle od "dobrego" słowackiego osiedla dwumetrowym murem.
Nie pojechałam fotografować Lunika, bo to jak zwiedzać Koreę Północną albo obóz koncentracyjny w trakcie jego działania, a potem wrócić do swojej czystego, bezpiecznego, uprzywilejowanego życia.
Straszne, że takie rzeczy dzieją się w centrum Europy w XXI wieku. Jak można odciąć ludziom wodę? Przecież to stwarzanie zagrożenia epidemią.


Jak zawsze duży wybór piw bezalkoholowych - hit wyjazdu, czyli Birell imbirowy.

Nie polecam knajpy Ajwega przy ulicu Orliej 10. Kelnerka oszukała nas na 10 euro, a jedzenie było niesmaczne, poziom marnej domowej kuchni z początku lat 90.

Koszycki rynek w kształcie - podobno - liścia, a moim zdaniem raczej dwie długie ulice, przecięte w środku płytkim strumieniem. Jest faktycznie ogromny (rynek, nie strumień) i można snuć się wokół ze dwie godziny, ale boczne uliczki są, jak to zazwyczaj, ciekawsze.

Powrót przez Cieszyn. Dworzec w jeszcze gorszej kondycji, niż gdy ostatnio tam byłam w sierpniu 2012.
Kasy biletowe w Zebrzydowicach. Trasa Koszyce-dom trwała 15h i obejmowała pięć pociągów oraz trzy kraje. A to naprawdę nie jest aż tak daleko...

Pod koniec każdej relacji piszę zazwyczaj o kolejnych planach wyjazdowych. Tym razem - nie wiem. Planuję Budapeszt w lipcu, a jeśli się da to dalej na południe.
Na razie wszystko jest tylko w głowie, ale już ekscytuje mnie, że wiem na pewno, że stanie się obrazami miejsc, zapachem, dotykiem, zdjęciami.

Jedźcie w podróż.

piątek, 9 maja 2014

"Głosy rewolucji żywnościowej" - recenzja

Ostatnio wydawnictwo Illuminatio przysłało mi do recenzji książkę Johna i Oceana Robbinsów "Głosy rewolucji żywnościowej". Przeczytałam ją ze sporym zainteresowaniem i dziś chcę o niej parę słów napisać, choć wyszła kilka miesięcy temu i pewnie część z was ją zna.


Książka składa się z wywiadów z różnymi osobami, co nadaje jej przystępną formę, bo wywiad, jako forma krótka, pozwala czytelniczce/czytelnikowi zapoznać się z prezentowanymi poglądami w przejrzysty sposób. Rozmowy z nimi są pogrupowane w kilka działów - mamy więc dział o diecie roślinnej i jej wpływie na leczenie chorób cywilizacyjnych (choćby cukrzycy czy otyłości), dział o żywności modyfikowanej genetycznie, o tym, czy da się obecnie pozyskiwać żywność w sposób nieszkodliwy dla ziemi i humanitarny dla zwierząt (tu nie ze wszystkimi opiniami się zgadzam, ale o tym za chwilę). Możemy też poczytać o tym, jak dystrybucja żywności w USA wpływa na zdrowie i życie żyjących tam ludzi, zwłaszcza biedniejszych, którzy nie mają zdrowych nawyków i spożywają - z biedy i przyzwyczajenia - to, co jest tanie i dostępne, czyli żywność bardzo przetworzoną.

Mamy do czynienie z dość niespotykaną sytuacją - osoba prowadząca wywiady jest często w swych przekonaniach bardziej "radykalna", niż ludzie, z którymi je przeprowadza. Autorzy książki są weganami i w swoich pytaniach wciąż powracają do tematu diety roślinnej i jej dobrego wpływu na planetę, nasze zdrowie i oczywiście sytuację zwierząt.

Trochę obawiałam się, że książka będzie skupiała się przede wszystkim na GMO, rolnictwie ekologicznym i zdrowiu, ale na szczęście pojawiają się w niej również tematy interesujące dla tych, którzy zastanawiają się, jak w obecny światowy rynek żywieniowy wpisuje się cierpienie zwierząt i co możemy dla nich zrobić. Pojawiają się proste odpowiedzi - zacznij od siebie, od swoich wyborów i swojego talerza. Przejdź (stopniowo) na dietę roślinną, a jeśli nie potrafisz tego zrobić - ogranicz spożycie mięsa i nabiału, i zwróć uwagę na sytuację zwierząt na fermach przemysłowych. W jednym z wywiadów z współwłaścicielką ekologicznego rancha pada - niestrawna dla mnie jako weganki - zachęta do spożywania mięsa pozyskanego w sposób humanitarny i bezpieczny dla środowiska. Myślę, że wszyscy tu zgadzamy się, że nie ma czegoś takiego jak "humanitarny ubój" i, choć oczywiście warto walczyć o dobrostan zwierząt w chowie, dopóki większość ferm nie zostanie zamknięta, to jednak uspokajanie sumienia "humanitarnym mięsem" od "szczęśliwych krów" może być ślepym zaułkiem. Ludzie, którzy podjęli decyzję, by uczynić taki krok i kupowac droższe, ale "humanitarne" mięso, nie będą zapewne widzieli celu w wykonaniu kolejnego, czyli porzucenia mięsa na stałe. Warto więc raczej mówić - ograniczajcie spożycie, bądźcie świadomi, w jakich warunkach żyją zwierzęta, nie zamykajcie oczu!
To często wystarczy - w połączeniu z zaproponowaniem smacznej, urozmaiconej diety roślinnej jako alternatywy dla "starych smaków".

W książce nie padają takie terminy jak "gatunkowizm", ale w wywiadach pojawiają się opinie, że to, co robimy zwierzętom hodowlanym jest skrajnie nieetyczne - to rzeczy, za które, gdybyśmy zrobili je psu lub kotu, poszlibyśmy do więzienia. Wszystko dlatego, że przypisujemy temu typowi zwierząt brak emocji i głębszej świadomości, a przecież odczuwają ból i strach tak, jak i odczuwa je człowiek. Otaczająca nas ze wszystkich stron społeczna praktyka i tradycja jedzenia produktów odzwierzęcych nie ułatwia sprawy - ale wszystko jest kwestią decyzji. Kiedy stajemy się świadomi prawdy o hodowli, możemy ją - stopniowo lub lawinowo - podjąć.

Książka gromadzi w jednym miejscu wiele ciekawych punktów widzenia, które jednak spaja jedna wspólna myśl - trwa rewolucja żywnościowa, która ma na celu odwrócenie szkodliwych i okrutnych praktyk, jakie mają miejsce na całym świecie - w hodowli zwierząt, rolnictwie, zbiorowym żywieniu, dystrybucji żywności. Jedzenie to sprawa, która dotyczy nas wszystkich, czynność, którą wykonujemy wiele razy dziennie - nie jest więc nieistotne co i jak jemy, kto i czy cierpiał, by żywność pojawiła się na naszym talerzu, komu i ile za nią zapłacono.

Jeśli chcecie mieć pod ręką przystępne kompendium wiedzy o wpływie diety na zdrowie, sytuację zwierząt i planetę, a także poznać (czy przypomnieć sobie) wiele znanych nazwisk, takich jak Frances Moore Lappe, dr Colin Campbell, autor "The China Study" czy Rory Freedman, autorka "Wegańskiej bogini", to "Głosy rewolucji" są dla was.


środa, 7 maja 2014

weganka na Słowacji - Levoča i Spišská Nová Ves

Drugi i trzeci dzień wyprawy to z grubsza zaplanowane zwiedzanie Spisza. W samej  Levočy byłam w 2000 roku, podczas spontanicznej późnolistopadowej podróży po północnej Słowacji z ówczesnym chłopakiem (teraz wydaje się to niemożliwe - nie było internetu, komórek, nie mieliśmy map; po prostu przyjeżdżaliśmy do jakiegoś miasta i szukaliśmy dalszych połączeń).
Miasto zapamiętałam jako malutkie, bardzo ładne i położone na morderczym wzgórzu. Nadal takie jest, ale sprawia wrażenie opuszczonego i smutnego - to taki typ miasta, do którego autokar niemieckich emerytów wjeżdża na godzinę, robi grupową fotkę pod kościołem/ratuszem, kręci kamerą film, którego nikt nigdy nie obejrzy, je lody i jedzie dalej, bo nie ma co robić i jakoś tak biednie.
Jak nie ma co robić i jakoś tak biednie, to oczywiście w takim miejscu nocujemy.


Do  Levočy nie dociera już pociąg (jeździł, ale oczywiście zlikwidowano), więc z Żiliny trzeba jechać do Novej Vsi i tam przesiadać się na tak zwany eurobus - niewielki lokalny pks, który za 90 centów dowozi nas te 12km przez słowackie pagórki.

Romska wieś po drodze, sfotografowana z autobusu.
Historia poszukiwania zarezerwowanego noclegu okazała się dość zabawna, choć na początku było dramatycznie. Przepięknie opisany po angielsku i sfotografowany na stronie internetowej pensjonat okazał się zamkniętą na głucho bramą. Otworzyłam z rozmachem pobliskie drzwi, a tam dwóch dość przerażających dziadów raczyło się wódką. Po krótkich problemach komunikacyjnych wytoczył się kolejny dziad - wielki i z bielmem na oku. Okazał się jednak łagodny i pomocny - zadzwonił do pani prowadzącej noclegi i poinformował ją, że kurva, Polaki na ubytovanie. Pani przyjechała, zaprezentowała lokal, który okazał się pięterkiem prywatnego mieszkania i nawet zeszła z ceny.
Na powyższym obrazku wspólna kuchnia noclegowni. Jak widać, Słowacja jest bardzo religijnym krajem i, tak jak w Polsce, widać to na każdym kroku. Kościoły są otwarte (choć wyznań jest więcej), wiele razy napotkałam toczącą się mszę, przybrane kapliczki i krzyże, kilka ulic Jana Pawła II, a nawet ciekawe zjawisko - kierowca autobusu miał na pulpicie sterowniczym pismo święte.
To duży kontrast w stosunku do Czech, gdzie panuje powszechne zateizowanie, kościoły są zamknięte i nie można ich nawet zwiedzić, a jeśli już coś stoi, to zbór husycki.


 Levoča składa się z dużego rynku, na którym znajduje się kilka robiących wrażenie budowli, m.in mini sukiennice, oraz z plątaniny małych uliczek pnących się w górę i w dół, bardzo często pustych i zaniedbanych. Wokół wzgórza i bloki (znów nietypowe dla Polski - u nas nie buduje się wieżowców w 10-tysięcznych mieścinach).


W  Levočy nie dało się nic ciepłego zjeść, był 1 maja, który na Słowacji również jest świętem. W Billi nabyliśmy te oto sojowe parówki chilli i cudowną pastę czosnkową w tubce oraz bułki. Piwo było otwarte :)

A to już Spišská Nová Ves - kapitan Nalepka, verny syn ludu.

Przypadkiem odkryliśmy tam wegetariańską restaurację, gdzie zjadłam panierowane tofu i ziemniaki z surówką.
Udało mi się dorwać bardzo tanie serbskie medaliony czekoladowe z nadzieniem orzechowym. W Polsce mamy takie czekoladki, ale miętowe, a z orzechami smakują o wiele lepiej.

Czeka was jeszcze ostatnia, najdłuższa część opowieści.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...