poniedziałek, 28 kwietnia 2014

bez słowa 8


Jadę w wyczerpującą podróż, wracam w poniedziałek.

piątek, 25 kwietnia 2014

weganka w Warszawie - Mysa

Wiosną w Warszawie pojawiło się lub pojawi kilka zupełnie nowych wegańskich miejsc. Zdumiewa mnie - pozytywnie - taki wysyp i urodzaj, bo niemalże co tydzień słyszy się o czymś nowym, już działającym lub planowanym.

Mysa przy ulicy Wilczej 60 otworzyła się dosłownie trzy tygodnie temu. Mimo to szanujący się weganie już tam byli, a ja nawet dwa razy, bo raz to za mało, żeby w pełni bezstronnie wyrazić opinię.
Miejsce promuje się jako wege kawiarnia, a nie restauracja czy bar, co jest nowością wśród znanych mi sposobów promocji tego typu lokali. Ostatnim tak określającym się miejscem było chyba toruńskie Cafe Draże, ale to faktycznie była kawiarnia - kawa, ciasta i napoje. W Mysie, oprócz naprawdę dobrej kawy, zjemy też śniadanie, obiad, sałatkę.


Miejsce jest jasne, wręcz poraża bielą, ma dość małe stoliki i podobno dolną salę wypoczynkową, do której jednak nie zajrzałam.

Uwaga, Mysa nie jest lokalem wegańskim! Podają również dania z nabiałem. Wybór dla wegan jest spory, ale i tak uważam, że obecnie nie ma sensu zakładanie kawiarni wegetariańskich - dieta wegańska wyklucza najmniej ze wszystkich (wegańskie danie zjedzą wszyscy, wegetariańskiego już nie). Weganizacja menu byłaby więc wskazana :) Zrobiła tak choćby wrocławska Vega i na brak klientów nie narzeka.
A na zdjęciu zupa porowa z orzechami włoskimi, dość dobra.
Pierwsza wizyta - zamówiłam powyższą zupę, hummus i zielony koktajl banan-szpinak-spirulina. Ilość hummusu zdumiewa! Poziom ma jednak dość domowy, to gęsta, niezbyt kremowa pasta ze zbyt małą ilością cytryny - ale, jak na knajpiany hummus, smaczny (ostatnio w moim mieście jadłam najgorszy hummus wszechczasów, teraz każdy wydaje mi się ambrozją).

Naprawdę smaczne latte na sojowym.

Śniadanie - trzy pasty, pieczywo i kupka surowych warzyw, była nawet cukinia.

Zielona sałatka (15zł), naprawdę pyszna - rukola, nerkowce, figi, avocado, pomidory i dressing. Wydawało mi się, że co to dla mnie, ale po zjedzeniu michy, gdy zamówiłam jeszcze kanapkę z pasztetem i warzywami, nie dałam rady dojeść jej do końca.
Sami zobaczcie, jakiej wielkości jest bułka.
Gościnnie na blogu Natalia, której też smakowało i zjadła więcej ode mnie :)

W sprzedaży był jeszcze wegański nerkownik i oczywiście lunch, którego nie spróbowałyśmy, ale zapowiadał się dobrze.

Namawiam was do odwiedzenia Mysy, a Mysę do stopniowego weganizowania jadłospisu!

niedziela, 20 kwietnia 2014

piątek, 18 kwietnia 2014

co możesz zrobić dla kur i wegańska wielkanoc

Dziś będzie o kurach.
O tym, że to, co w sklepach sprzedawane jest jako jajka oznaczone symbolem trójki, to efekt potwornego wyzysku tych zwierząt, skrajnego wyniszczenia organizmu, przymusu. Wiem, że nie wszyscy konsumenci zdają sobie z tego sprawę, ale już od dawna jajka od żyjącej szczęśliwie kurki, która hasa po zielonej trawie są mitem - 90% dostępnych w Polsce jajek pochodzi z hodowli przemysłowej.
Co to jest hodowla klatkowa? Kury znajdują się na fermie, w ogromnej hali, w której upchane są w ciasnych klatach, nachylonych pod specjalnym kątem, by złożone jajko natychmiast zsuwało się do otaczającej klatki rynny. Liczy się bowiem jajko-produkt, a kura jest tylko surowcem. Dlatego też nikt nie zwraca uwagi na jej dobrostan, samopoczucie i potrzeby gatunkowe.

Kura mogłaby żyć kilkanaście lat - w tak wyniszczających warunkach żyje tylko półtora roku, jak maszyna znosząc jajka, nigdy nie prostując skrzydeł i nie widząc dziennego światła.

Potrzebujecie więcej informacji lub chcecie podpisać petycję do Kauflandu o wycofanie trójek - poczytajcie o kampanii Otwartych Klatek http://jakonetoznosza.pl/

(na samym dole strony można pobrać ebooka, do którego przygotowałam część przepisów i potraw, zachęcam).


A to już moja wielkanoc - pierwsza od trzech lat z rodzicami. Wieś, slońce, drzewa, psy, mnóstwo dobrego jedzenia.


Mazurek czekoladowy na spodzie z puszka.pl

Spód : 1,5 szklanki płatków owsianych, 4 szklanki mąki, 20 łyżek letniej wody, pół szklanki cukru, 2 szklanki oleju.

Spód ten starcza na dwa mazurki - ten i kolejny, który zaraz pokażę.
Zagniatamy wszystko i chowamy do lodówki na pół godziny. Wyklejamy ciastem formę i pieczemy 40 minut na 180C sam suchy spód. Studzimy. Smarujemy kwaśnym dżemem.

Robimy bezlitośnie tuczące nadzienie.

Masa : 3 tabliczki gorzkiej czekolady, 3 łyżki jogurtu sojowego naturalnego lub śmietany roślinnej, kieliszek wódki, szklanka cukru pudru, 3/4 szklanki roślinnego mleka.

Masą polewamy spód, dekorujemy, zostawiamy do ostygnięcia w chłodnym miejscu.

Masa bakaliowa na drugi mazurek : 100g mieszanki keksowej, 200g daktyli, 50g pokrojonych suszonych moreli, garść rodzynek, szklanka mleka roślinnego.

Rozgotować bakalie w mleku, wylać na upieczony spód, rozsmarować, udekorować, odstawić.

Dziś upiekłam jeszcze trzy boskie makowce z lukrem i skórką, a wieczorem biorę się za tofurnik z brzoskwiniami. Poza tym w planie pasta bezjajeczna, żur, kiełbaski, wędlina sojowa, majonez, sałatka...jak co roku.
All you can eat, I can eat it vegan - stare, a aktualne hasło. Można bez jajek? Można. Warto. Trzeba.







środa, 16 kwietnia 2014

dwie zupy - marchewkowo-selerowa i solferino

Pewnie wszyscy czekają na przepisy wielkanocne, ale u mnie dziś zupy. Zdjęcia świątecznych potraw wraz ze wpisem o sytuacji kur w chowie klatkowym znajdą się tu w piątek, a tymczasem - jak szybko zrobić obiad, gdy nie ma się zbyt wielu składników, pomysłu ani czasu, by mieszać i doglądać garnka.


2 marchewki
pół selera
1 średnia cebula
sól, pieprz, imbir w proszku
garść pestek dyni
olej

Warzywa kroimy i podsmażamy na oleju, solimy, dolewamy wody 2-3 cm nad poziom warzyw i gotujemy spokojnie do ich miękkości (ok. 20 minut). Po tym czasie blendujemy zupę, stawiamy garnek na gaz, uzupełniamy wodę, jeśli jest bardzo gęsta i doprawiamy imbirem i pieprzem.
Na talerzach warto posypać grzankami lub podprażonymi pestkami.


Druga zupa, solferino, jest nieco bardziej skomplikowana. Jadłam ją jeden raz bardzo dawno temu. Nie znalazłam żadnego wegańskiego przepisu na jej wykonanie, a oryginalnie, we włoskiej wersji, zawiera kawałki kurczaka, śmietanę i ser żółty. Oto moja wersja, vegan as fuck.

6 kotletów sojowych tekturek
pół puszki groszku
1 cebula
3 ziemniaki
1 marchewka
3 pieczarki
biała część pora
sojowy jogurt naturalny lub śmietana roślinna
starty ser wegański lub starte tofu wędzone - po 2 łyżki na miseczkę
sól, pieprz, zioła prowansalskie
olej

Kotlety zalewamy wrzątkiem i odstawiamy, a gdy zmiękną - odsączamy i kroimy na cienkie paski.
Cebulę, por i pieczarki kroimy drobno, podsmażamy na oleju. Dodajemy pokrojone w kostkę marchew i ziemniaki, dolewamy 1,5 litra wody, solimy, gotujemy do miękkości warzyw. Wsypujemy groszek i kotlety, doprawiamy. Po połączeniu smaków wyłaczamy gaz i zabielamy zupę jogurtem lub śmietaną.
Dodajemy starty ser lub tofu bezpośrednio do miseczek.


Ta zupa jest bardzo treściwa i na pewno zasługuje na przeniesienie na polski grunt, zwłaszcza że składniki są dostępne, a i połączenia smaków typowe dla naszej kuchni.

niedziela, 13 kwietnia 2014

weganka w Żyrardowie

Ponura, deszczowa środa w Żyrardowie, mieście budynków z czerwonej cegły i strajku szpularek. Moja anarchyndykalistyczna dusza ożywia się na myśl o strajkach, chciałam więc zobaczyć to legendarne miejsce.

Chyba jedno z ładniejszych małych miast w ścisłym sąsiedztwie Warszawy - uporządkowane architektonicznie, z ładną przemysłową zabudową i ceglanymi robotniczymi osiedlami z XIX wieku.
Zawsze się zastanawiałam, czemu Żyrardów tak się nazywa - otóż miano to pochodzi od nazwiska Girarda, twórcy turbiny wodnej, czyli również ładnie się wpisuje w nimb rewolucji przemyslowej.


Żyrardów ma 41 tysięcy mieszkańców i 14 linii autobusowych. Moje ma 52 tysiące... i żadnej linii wewnątrzmiejskiej. To najgorzej skomunikowane miasto, w jakim mieszkałam.

Cegła i wielopiętrowa wielka płyta przemieszane w bezładzie.
Kropił deszcz.
Ludzie prawie się nie pojawiali, czasem za firanką mignęła twarz, gdy chciałam sfotografować bramę czy dom.

Tak zwana Osada Robotnicza.


Frytki i najgorsze w życiu "tofu w pomidorach" (nie było tam ani pół łyżki pomidora) w przypadkowym wietnamskim barze. Mimo wszystko zaspokoiło apetyt i można było wracać do Warszawy na zebranie.


sobota, 5 kwietnia 2014

weganka w Pułtusku

Po zimowej przerwie wznowiłam jednodniowe wyjazdy przed siebie. Jakiś z grubsza określony cel, czyli miasto, w którym się nie było i chętnie takie, do którego nikt nie jeździ, jeśli nie ma palącego interesu; jakieś kanapki czy ciastka, aparat, słońce. Pekaes albo pociąg. Przygoda albo jej brak, ale na pewno coś nowego.

Pułtusk, czterdzieści minut autobusem w śmiesznie niskiej cenie. Wiem niewiele - że płynie Narew, że jest zamek, że najdłuższy rynek w Europie (dziwnym trafem wciąż jeżdżę do miast z naj rynkami, a przecież nie bywam codziennie w innym miejscu - co oznacza, że każde miasto jakimś cudem szczyci się swoim rynkiem, jeśli go ma - że największy, najdłuższy, a przynajmniej jeden z ).

Do Pułtuska nigdy nie jeździła regularna kolej, była tylko wąskotorówka do Nasielska, która już od ponad dziesięciu lat nie jeździ. Do miasta można się dostać tylko autobusami, ale jest ich przynajmniej sporo, Na miejscu wita nas bardzo old schooolowy dworzec (zwłaszcza w środku) z klasycznym załamanym dachem, barem szybkiej obsługi, w którym czas zatrzymał się trzydzieści lat temu i leniwą atmosferą hali poczekali, z tablicą odjazdów złożoną z malutkich plastikowych literek i cyferek na czarnym tle. Nie widziałam takiej tablicy od końca lat 90.

Spacer nad Narew. Mimo sobotniego południa miasto było absolutnie wyludnione, czasem przejcchał ktoś na rowerze.




Widać, że w tzw. sezonie nad rzeką dzieje się sporo - są drewniane mola, mostki, przystanie łódkowe, ławki i szereg knajp, obecnie na głucho zamknietych.

Lubię ostre wiosenne słońce, które udaje ciepłe, ale to złudne ciepło.

Oprócz Narwi, w mieście znajdziemy kilka kanałów i wiele mostków i kładek.

Pułtuski zamek biskupi. To na dole to nie nagrobki tylko pozostałości ławek z amfiteatru.



Na tym etapie stwierdziłam Idę sfotografować coś brzydkiego, bo już jest za ładnie, a czytelnicy czekają.

Pułtusk jednak brzydki nie jest. Oferuje bezruch, staroświeckość i trochę odrapanych zakątków, ale nie wygrałby konkursu na króla obskurności Mazowsza, a nawet miałby problem, by uplasować się w pierwszej dwudziestce.
Potropiłam trochę małomiasteczkową atmosferę soboty, targu, zamkniętych na kraty sklepów, pustych bram i nieruchomych firanek.


To ten najdłuższy rynek, a raczej jego część. Jest długi, ale wąski.


Kolejne kierunki na kilka godzin - Żyrardów i Pilawa. Pod koniec kwietnia zapowiada się też kilkudniowa podróż po niezbyt turystycznych słowackich miastach, pociągami.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...