niedziela, 22 grudnia 2013

co przywiozłam z Berlina

Zanim zacznę was zanudzać świątecznymi potrawami, a zacznę pewnie jutro, najpierw jeszcze to.


sobota, 21 grudnia 2013

weganka w Berlinie - grudzień 2013


Jako że jest to chyba czwarta relacja z Berlina na tym blogu, muszę przestać tytułować je "Weganka w Berlinie" w różnych wariacjach, i od tej pory w tytułach pojawią się daty.

Co trzeba mieć, żeby znaleźć się w Berlinie? 24zł na bilety autobusowe, kilka aviomarinów do odegnania choroby lokomocyjnej i wytrzymałość, żeby przetrwać 8h w wypchanym ludźmi pojeździe. Przetartą na rogach i rwącą się w środku mapę miasta. Jakieś miejsce do spania u dobrych ludzi - w tym roku dwie noce spałam u znajomych w Neukölln, w malutkim pokoju pełnym winyli i kaset; a jedną noc u innej osoby na Friedrischain. Niby niewygodnie tak się przemieszczać nagle z bagażami i bardziej komfortowo spać w jednym miejscu, ale ja nie jestem normalna, więc cieszyłam się, że zamiast jednej okolicy zobaczę dwie, zamiast jednego mieszkania, kuchni, balkonu - dwa i tak dalej.

Nocny Berlin w wieczór przybycia - spacer późnowieczorny z Hermannstrasse na Hermannplatz, czyli dobre trzy stacje metra, i z powrotem. Okolica najeżona kawiarniami, otwartymi do późna tureckimi sklepami, punktami z falafelami za dwa euro.

 Małe kino, jeszcze nie wyparte przez multipleksy.

I ranek - najpierw okolice Warschauer Strasse...

Spacer wzdłuż muru znanego jako East Side Gallery.

Pogoda była rękawiczkowo-czapkowa, po prognozach spodziewałam się wyższej temperatury - miało być 7-9 stopni, ale nie było.

W końcu - Veganz, punkt obowiązkowy każdej wegańskiej wyprawy. Nie wiem, czy wiecie, ale sieć się rozrasta, otwierane są nowe lokalizacje - w sklepie wisi mapa z zaznaczonymi już otwartymi punktami, i nowymi planowanymi na 2014. Niestety, wbrew plotkom, nie ma wśród nich Warszawy, jest za to Praga.

Ceny podobne jak w wegańskich kawiarniach w Polsce - latte, herbata i dwa kawałki tortu w sumie 11 euro. W Warszawie zapłaciłabym podobnie, a zarobki są nieporównywalne. Spotkałam ludzi, którzy mówili, że w Niemczech też nie jest najlepiej pod względem płacy minimalnej i praw pracowniczych, ale jednak nie są to takie problemy jak w Polsce, gdzie na kawałek ciasta w niejednych branżach trzeba pracować dwie godziny.

Z Warschauer Strasse pojechaliśmy na Kreuzberg. Znam tę dzielnicę dość dobrze, bo niejedne pół dnia tam się przewałęsałam, ale jednak zawsze można tam odkryć coś nowego - ciekawe małe sklepiki ze wszystkim, co może przyjść ludziom do głowy, księgarnie, nowe i stare murale, punkty z niepozornie wyglądającym, a pysznym falafelem czy interesujące stacje metra.
Zagubiona gdzieś koło Südstern. Berlin kilka razy wywiódł mnie w pole, ale wybaczam mu. Kolejnym punktem spaceru po Kreuzbergu w narastającym zimnie był osławiony King of Falafel przy Graefestr. 7.
Malutki, niczym specjalnym nie wyróżniający się lokal jakich wiele, w środku kilka ławek do oczekiwania na zamówienie, i uwijająca się starsza Turczynka w chuście i kapciach, obsługująca samotnie wszystkich przychodzących. Zamówiliśmy opcję na największym wypasie, z krwawiącym sercem odżałowując po 4 euro - falafel z vegaloumi, czyli smażonym serem, który miał udawać greckie haloumi ( a okazał się smażonym tofu), warzywami i hummusem.
Kanapka spełniła moje oczekiwania - czego tam nie było! Cukinia, rukola, mięta, kolendra, ostry sos, pyszne kotleciki...
Muzeum Historii Naturalnej, daleko od Kreuzbergu, ale warto jechać. Można tam krążyć 2-3h i cały czas jest ciekawie.
Okolica, w której nocowaliśmy - Wartheplatz.
Najlepsza wegańska czekolada z całymi orzechami na świecie, choć cena zaporowa (ale zjadłam, raz się żyje).
Staroświeckie centrum telefoniczno-internetowo-pocztowe. Berlin nie wszędzie dba o nowoczesność, błysk i czystość, ale to właśnie jest urocze.
Lotnisko Tempelhof, obecnie nieużywane. Latem ludzie tam biwakują i spędzają czas, zimą widać tylko pojedynczych biegaczy i spacerowiczów z psami. Niesamowite wrażenie robi taka wielka pusta przestrzeń w samym środku miasta. Niestety już jakiś deweloper ostrzy na nią zęby, chcąc stawiać tam tzw. luksusowe osiedle.
Drugiego wieczoru postanowiliśmy zrujnować się doszczętnie na pizzę w zachwalanym lokalu Zeus przy Boxhagenerstr. 29.
Oto nasza gwiazda - na pierwszym planie moja i tylko moja pizza z salami i serem. Boska. Nie mogłam przestać jarać się myślą, że pierwszy raz od kiedy jestem weganką, a to już hoho, jem pizzę z serem, której nie zrobiłam sama. Plusem lokalu jest fakt, że wegańskie wersje kosztują dosłownie 40-60 centów drożej od tradycyjnych.
Trochę turystyki.
I wreszcie hit wyjazdu, czyli Karl Marx Allee. Postanowiliśmy przejść ją na całej długości - od Alexanderplatz do Frankfurter Allee. Padał deszcz, ale udało się, a wrażenia z byłego NRD są naprawdę niezapomniane - wspaniała, monumentalna, socjalistyczna architektura, prawie jak prospekt w Mińsku.
...zaczynamy od Alexanderplatz, gdzie łatwo się zgubić wśród tłumu turystów, wesołych miasteczek, sklepów i choinek - a potem krok w inny, pusty świat.

I znów Kreuzberg, burger lapoński ( z frytkami, a co) w Yellow Sunshine na Wienerstr., spacer w narastającym zmierzchu, księgarnie, sklepy z płytami.


 



Kolejne plany podróżne już się kształtują - wyjazd na weekend majowy powoli jest planowany (nie po Polsce i nie do Czech, hehe), ale mam nadzieję, że może przed kwietniem/majem wydarzy się coś jeszcze. Na razie święta, a po nich odwiedziny u rodziców na Warmii.
Na koniec szablon nasprejowany na płycie wspomnianego w poście lotniska Tempelhof.
 Myślę, że tej zasady warto się trzymać. 
Jedźcie do Berlina!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...