środa, 31 lipca 2013

letnie podwieczorki

Mimo że nic nie stoi na przeszkodzie zjedzeniu czegokolwiek o dowolnie wybranej porze, bo to już nie czasy, kiedy rodzice krzyczeli najpierw zupa! nie ma słodyczy przed obiadem!, to miło jest czasem celebrować podwieczorki o konkretnych porach, i około szesnastej zasiąść sobie z filmem, gazetą i salaterką czegoś dobrego.

Overnight oats - płatki jęczmienne ( w oryginale owsiane, stąd nazwa), zalane na noc wrzątkiem (bez gotowania) i trzymane w lodówce, a kolejnego dnia wymieszane z bananem, świeżymi morelami i rodzynkami.

Ciasto ucierane ze śliwkami i białymi porzeczkami, przepis z puszki tu.

Kisiel pomarańcza-ananas, wrzuciłam do niego białe porzeczki.

Galaretka cytrynowa Delecta, która pod wpływem jagód zmieniła kolor na czerwonawy.

poniedziałek, 29 lipca 2013

weganka znowu w Czechach, cz. III - Pilzno i Praga

W Pilznie, o ile to możliwe, było jeszcze goręcej, bilety dobowe miały tak idiotyczną konstrukcję, że na poważnie zastanawialiśmy się, czy nie kupiliśmy omyłkowo winietki na autostrady, a zniechęcenie upałem i podróżą ( z Czech południowych do zachodnich, nasz najdłuższy odcinek, o ile w ogóle można mówić o długich dystansach w przypadku tak małego kraju) przekładało się na marazm, ale tylko chwilowy.

Parada równości w Pradze jest organizowana pod patronatem prezydenta miasta, a kobiety na plakacie mają na palcach obrączki.

Tak wygląda w środku typowa czeska ubytovna. Polecam taki rodzaj zakwaterowania w Czechach i na Słowacji. Dwudniowy pobyt dla dwóch osób w pokoju z łazienką (często dzieloną z drugim pokojem, ale rzadko się zdarza, by w tym drugim ktoś był) kosztuje 600-850kc. Pokój siermiężny, ale jest wszystko, czego potrzeba, no i lodówka.

A tu już pilzneński rynek, który też okazał się gigantyczny. Pod poprzednim postem Ania napisała, że nie lubi, jak na rynkach są samochody, bo niszczy to estetykę starówki. Tutaj były dodatkowo tramwaje (i jeździły nie obwodnicą starówki, jak to robią np. naokoło Plant w Krakowie, tylko wzdłuż dwóch boków rynku), oraz trolejbusy. Pilzno było też pierwszym miastem na naszej trasie, gdzie panował większy tłok, turyści byli widoczni, a i atrakcji dla nich pojawiało się sporo - nic w tym dziwnego, bo Pilzno jest europejską stolicą kultury 2015, co lubi podkreślać na każdym kroku billboardami, a samo miasto ma prawie 200 tysięcy mieszkańców; metropolia jak na Czechy.

Na rynku fontanny w kształcie greckich liter. Taplałam w nich bez żenady odkryte części ciała, bo upał przyprawiał o migrenę.

Wszechobecny remont.

Czeski typ pomnika.
Pierwszy obiad w Pilznie - wegetariański bar Slunečnice przy ul. Jungmannovej. Jedzenie na wagę, za 150kc zjadłam pieczone ziemniaki, kalafior w sosie, trochę świeżych warzyw z sojonezem i wypiłam sok. Było dobre, ale trochę mało urozmaicone. Kolejnego dnia w tym samym barze był jeszcze mniejszy wybór - jako opcję wegańską proponowano...puree oraz pieczone ziemniaki. Na jednym talerzu. Zjadłam i przeżyłam.



Synagoga w Pilznie, druga co do wielkości w Europie i trzecia n świecie. Mam dystans do takich wyliczeń, bo zazwyczaj każde miasto szczyci się czymś największym, najdłuższym albo najstarszym, ale ten budynek naprawdę robi wrażenie ogromem. Wzmaga je fakt, że synagoga stoi w zwartej zabudowie, dotykając innych kamienic (co zresztą uratowało ją podczas wojny). Nie weszłam do środka, bo nie byłam odpowiednio ubrana, podziwiałam z zewnątrz ciekawą dla oka bryłę i dwie wieże w (niestety) remoncie.


W Czechach wciąż w wielu miejscach widać budki telefoniczne, czasem telefon wisi na przystanku autobusowym. Widać też korzystających z nich ludzi.


Uwielbiam malowniczość połączoną ze zgrzebnością oraz nieprzewidywalność ulic Centralnej i Południowej Europy. I nie dlatego, że nie byłam na zachodzie. Jakoś taka Holandia ze swoją identycznością otoczenia i powtarzalnością sekwencji organoleptycznych mniej mi się podobała. 



Przez Pilzno przepływa Radbuza.
Pilzneńska  restauracja Wild Rose, najdroższa i najelegantsza na naszym szlaku (obrusy, kelnerka ubrana lepiej od nas itp.) Jadłam placki z kremem z tofu, a R. gulasz seitanowy. Byliśmy jedynymi gośćmi, zastanawiam się, jak takie miejsca się utrzymują - w Czechach bardzo często cała restauracja była pusta, gdy wchodziliśmy i podczas naszego obiadu nikt się nie pojawiał.



Kolejnego dnia rozdzieliliśmy się i wybrałam się zwiedzać naszą dzielnicę już przed 9 rano. Był dzień powszedni, ale ulice zupełnie puste.

Wstąpiłam do sklepu po wodę i spośród wielu smaków oczywiście wybrałam taki, jakiego wcześniej nie widziałam, czyli kasztanowy. Ale, jak już kiedyś pisałam, nie przepadam za kasztanami, a woda okazała się po prostu cukrem rozpuszczonym w H2O.
 Wejście do wydziału filozofii. Chyba miło studiować w takim miejscu.
Zwiedziliśmy muzeum etnograficzne, gdzie pani oprowadzająca nie mogła wyjść z podziwu nad moim łamanym czeskim (któremu wiele brak, ale z wyjazdu na wyjazd jest lepiej) i Muzeum Loutek, czyli pacynek teatralnych - wielkie, interaktywne, z dość przerażającymi lalkami. Oczywiście w obu muzeach prawie nie było ludzi.

Miałam napisać o nowym wynalazku, czyli barach z sokami Mangaloo. w zeszłym roku pisałam o bubble tea, która wtedy w Polsce była drogą nowością, a w Czechach kosztowała ok. 4zł. Eksperyment herbaciany chyba w obu krajach się niezbyt przyjął - w Polsce jeszcze te bary są, ale świecą pustkami (bo herbata kosztuje w nich więcej, niż godzina pracy, więc nic dziwnego), w Czechach zniknęły zupełnie. Zastąpiło je Mangaloo, czyli bary ze świeżo wyciskanymi sokami, które po wyciśnięciu są umieszczane w swego rodzaju maszynie, a ona spienia je i zagęszcza tak, że smakują jak koktajl na mleku, mimo że są 100% roślinne.
Mój sok to ananas, jabłko i świeża mięta, ale kombinacji były setki. Koszt takiego napoju to 55kc, czyli nie super mało - ale był pyszny, gęsty i zastąpił mi śniadanie. Muszę rozejrzeć się za takimi barami w Warszawie.
Bilety powrotne mieliśmy z Pragi (o którą w fazie planowania chcieliśmy tym razem nie zahaczać, ale okazuje się, że trudno ominąć to miasto wracając do Polski), więc dzień przed odjazdem pojechaliśmy tam i spędziliśmy dobę z Anią z bloga http://krteknejimaso.blogspot.cz/, która mieszka tam od roku.

 Byliśmy wszyscy razem w Loving Hut...
...w modsowskiej knajpie, w której leciała dobra muzyka, a wnętrze było wyklejone plakatami kapel i starymi kasetami
 ...w typowej czeskiej hospodzie

...na lodach, które, po początkowym entuzjazmie i lekkim stopnieniu, okazały się za słodkie i smakowały jak marmolada.

...nad Wełtawą, gdzie podgryzały nas łabędzie



A tu hit słodyczowy wyjazdu, niestety nie czeski, ale w Czechach szeroko dostępny.


 ***

Kolejne plany na jesień już są, natomiast w przyszłym roku chcemy przejechać pociągiem Transdanubium na trasie Praga-Czarnogóra lub Praga-Bułgaria. No i nadal nie zwiedziłam północnych Czech...



sobota, 27 lipca 2013

weganka znowu w Czechach cz.II - České Budějovice

Czas na relację z kolejnych dni podróży, tym razem do najbardziej na południe położonego dużego miasta Czech, czyli Budějovic.
Okazało się nieznośnie upalne, ale bardzo ładne, ciekawe architektonicznie i historycznie oraz łatwe do zwiedzania. Na ulicach nie było zbyt wiele osób, nie trzeba było przepychać się przez dzikie tłumy turystów, stać w kolejkach po bilety, czekać miesiącami na swoje danie w restauracji i tak dalej. W trolejbusach zawsze były miejsca siedzące (uwielbiam trolejbusy, a we wszystkich pięciu miastach, które zwiedzaliśmy, były). Przy okazji, cokolwiek zwiedzacie w Czechach, polecam bilety dzienne komunikacji, za cenę 50-70kc możecie jeździć przez 24h po całym mieście ( no, w Pradze to jest 110kc, ale wciąż opłacalne). Nie warto kasować biletów jednorazowych, zwłaszcza że różnica w cenie pomiędzy automatem biletowym (który nie wszędzie jest), a zakupem u kierowcy jest naprawdę spora.
Co do jazdy koleją, to wystarczy że jest was dwoje, i już możecie kupić skupinovą jizdenkę, czyli bilet grupowy (grupa to 2-30 osób), dzięki czemu ta druga osoba płaci 30% mniej. Nie opłaca się kupować dwóch indywidualnych biletów! Trochę dzięki temu zaoszczędziliśmy.


Rynek w Budějovicach miał być jednym z największych powierzchniowo w Europie. Faktycznie jest wielki, ale nie wiem, czy wygrywa z Krakowem. Upał był przepotworny, jednak cały rynek okolony jest podcieniami i arkadami, poruszając się pod którymi można swobodnie zwiedzać nie wychodząc zbyt często na słońce. Choć, jak wiadomo, ja wychodzę z założenia, że miasto się samo nie zwiedzi, i pomimo upału nie zamierzałam tkwić w miejscu. Odbyliśmy więc dwie wyczerpujące kilkugodzinne przechadzki po całym centrum według polecanych w anglojęzycznej ulotce tras turystycznych (takie sobie, szczerze mówiąc - zdania typu Idąc ulicą Krizovą ujrzysz piękną budowlę, ale ani słowa o tym, jaki ma numer czy cechy charakterystyczne, i człowiek biegał w słońcu jak głupi, zastanawiając się, czy już ujrzał tę budowlę, czy może jeszcze nie) oraz wdrapaliśmy się na Czarną Wieżę widoczną w tle za rynkiem - ma 73m, i włazi się po schodach a la drabiny. Trochę strachu mnie to kosztowało.




Stare miasto było puste, czasem przemknął pojedynczy mieszkaniec czy turysta. I tak przez całe dwa dni.

Na środku rynku wypiętrza się znienacka taka oto płetwa - osobiście uważam taki pomnik za całkiem fajny element architektury miejskiej i urozmaicenie wśród Janów Husów i tzw. czeskiego typu pomnika, jak go określiliśmy, czyli znajdującej się absolutnie w każdym mieście figury świętego, bogato zdobionej i otoczonej pomniejszymi postaciami. A płetwa daje do myślenia.

W Budějovicach malowniczo spotykają się dwie rzeki - Wełtawa i Malše. Tutaj brzeg jest już zadbany, a bulwar sprzyja spacerom.



Tym razem, z braku chęci na kolejne podobne tofu (ale i ono nas nie ominęło drugiego dnia), wybraliśmy się do restauracji indyjskiej na thali i aloo gobi. Było pyszne i niedrogie, pomimo obrusów na stołach i ogólnego ą ę, a półlitrowa kofola z kija dopełniła smaku. 


Kolejna niespodzianka architektoniczna - człowiek - ślimak na ścianie budynku orkiestry kameralnej.

W takich akademikach nocowaliśmy - tanio, ale raczej głośno.

Bubble tea zniknęła z czeskich ulic, a zastąpiło ją mangaloo, które pokażę w części o Pilznie oraz znana i lubiana ledova tříšť - to coś w rodzaju zamarzniętego soku, który potem cały czas jest mieszany, by zniszczyć kryształki lodu. Widziałam to też w Polsce, ale latem w Czechach jest dosłownie na każdym rogu, w każdej budce z lodami. Tutaj popijam smak kaktusowy.

Przekąski na dalszą drogę - rozmarynowe chipsy (R. odmówił ich jedzenia, zajadał się za to czosnkowymi i wasabi - nie wiem, jak można nie lubić rozmarynu), batony musli, japońskie krakersy ryżowe z wodorostami, znane wszystkim bourbonki i orzeszki solone.

Śniadanko - Budweiser bezalkoholowy, przecier owocowy, kanapki z chrzanem i tofu wędzonym.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...