poniedziałek, 29 kwietnia 2013

ostatnie dni kwietnia


Ostatni wpis w ciągu najbliższego tygodnia, bo wyjeżdżam daleko już we wtorek rano.
Kończy się kwiecień, za oknem trochę zielono, taka pierwsza jaskrawa zieleń, co odcina się bardzo od szarego nieba.
Właśnie spadł pierwszy deszcz tej wiosny, nasz nogi są jak z gumy.






Spacery po Żoliborzu, osiedlu Zdobycz Robotnicza, obiad w Au Lac.


Cudne osiedle wybudowane przez PPS w latach 1925-37. Spokój, zieleń, drewniane okiennice.


Czas nad morze!

piątek, 26 kwietnia 2013

kotlety "rybne" (nie z selera)

Tym, co wykrzykną znowu frytki! spieszę donieść, że są to wciąż te same frytki, czyli kilogramowa paczka kupiona ze dwa miesiące temu, którą trzeba było wykończyć. Jednak nie one są clue posiłku, a kotlety "rybne", w stylu mielonych, charakterystyczne dla Szwecji i polskich barów rybnych też.

400g mrożonego groszku (nie z puszki, bo inny smak i kolor)
1 cebulka
3 łyżki musztardy
1/2 arkusza glonów nori
sól, czarny pieprz, ewentualnie przyprawa do ryb
mąka pszenna lub odrobina kaszy jęczmiennej
bułka tarta
spirulina ( ma pachnieć morzem, a co!)

Groszek obgotowujemy krótko z solą, osączamy. Cebulę podsmażamy. Wszystko miksujemy i dodajemy nori oraz przyprawy, po czym zagęszczamy mąką lub kaszą aż da się formować kotlety.
Uwaga, kasza jest lepiszczem, powinno być jej ze 2 łyżki góra - nie róbcie kotletów kaszowych z groszkiem (no, chyba że wolicie), bo stracicie "rybny" smak!Groszek ma być głównym składnikiem kotletów. Kolor wyjdzie ostro, groszkowo zielony.

Jedliśmy z niesławnymi frytkami i coleslaw, tym razem z białej kapusty i z sosem czosnkowym zamiast sojonezu ( oczywiście domowej roboty).

Pierwszy spacer z prawie gołymi stopami. Pod oknem ktoś puszcza z samochodu techno w najgorszym wydaniu. Jutro zupa z botwiny. Widać, że wiosna.


środa, 24 kwietnia 2013

sernik na zimno, pasta z fasoli i różne takie

Mam nowe zlecenie, które szczęśliwie zmieni okrągłe zero na koncie w liczbę dodatnią i pozwoli mi zjeść coś dobrego nad morzem. Mam też więcej pracy, ale, zgodnie z zasadą, że im więcej obowiązków, tym więcej czasu, mam kilka nowych pomysłów kulinarnych i zdjęć.

Pasta z białej fasoli z makiem według Jadłonomii, przepis tu (bardzo prosty). Czy wiedzieliście, że mak jest dużo lepszym źródłem wapnia, niż pełnotłuste mleko krowie? To trochę mit, nie używając słowa ściema, z tą cudownością nabiału jeśli chodzi o zawartość tego składnika. Na liście pokarmów zawierających wapń kilka roślinnych znajduje się grubo przed mlekiem.



Podczas Potyczek Blogerów w ramach Tygodnia Weganizmu ( dzięki za tłumne przyjście!) jadłam pyszny sernik na zimno, który rozdawała sympatyczna i uśmiechnięta dziewczyna, imienia niestety nie znam. Sernik nie brał udziału w konkursie, ale chętnych było tylu, że można było dostać po ćwierć kawałka. Byliśmy zachwyceni! Na szczęście rozdawano również kartki z przepisem i po paru dniach w domu zrobiłam ten sernik dla Rafała, który nie mógł o nim zapomnieć. Jest słodki, ale bez cukru, szybki i bez pieczenia.
Wprowadziłam do przepisu kilka modyfikacji. Tu oryginał : http://www.mantra.pl/styl-zycia/ciasteczka-orzechowe-i-weganski-sernik-na-zimno.html

Spód : 5 łyżek wiórków koko, szklanka daktyli lub namoczonych rodzynek, 100g zmielonych migdałów lub orzechów ( nakupiłam na promocji mielonych migdałów po 0,99zł paczka, i teraz mam dzikie zapasy). Zblendować i masą wykleić tortownicę.

Masa : 2 1/2 szklanki niesolonych nerkowców, pół zapachu waniliowego, pół szklanki oleju kokosowego, 1/3 szklanki syropu z agawy lub golden syrup, odrobina wody, sok z połówki cytryny. Zblendować na bardzo gładko, wylać na ciasto, zostawić do ścięcia się w lodówce.

Galaretka : oryginalnie truskawkowa, u mnie cytrynowa na agarze lub karagenie.

Ciasto jest gotowe do spożycia po 2-3h, ale najlepsze kolejnego dnia.

 Gulasz meksykański - kostka sojowa, fasola, kukurydza, przecier pomidorowy, przyprawa do fajita, zielone oliwki.

Zupa won ton w Au Lac - z pierożkami won ton, tofu, świeżymi warzywami, a nawet pływającym kawałkiem glona. Tanio i dobrze.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

niedziela, 21 kwietnia 2013

wycieczka gastroturystyczna

Przez cały weekend podejmowaliśmy gości, pokazując im Warszawę. Naszym zamysłem było zjeść w tylu miejscach, w ilu się da. Udało się w pięciu, bo na więcej nie starczyło miejsca w żołądkach, mimo że je oszczędzaliśmy ( ja brałam małe porcje i dzięki temu pozwoliłam sobie na dodatkowe ciasto w Vege Mieście - pyszną cytrynową tartę raw i w Loving Hut - zielone ciasto z pandanowca z kremem).

Oto przegląd wydarzeń.

Cafe Tygrys, ulica Chmielna. Świetne miejsce, istniejące już ponad pół roku. W środku pomysłowe wnętrze, dobra kawa ( dużo lepsza niż na przeciwko w Vege Mieście, a o połowę tańsza) i smaczne fast food'y - fish burger z tofu owiniętym w algi, wegeburger z pojedynczym i podwójnym kotletem, hot-dogi, ciasta, lokalne piwa i niekorporacyjne napoje. I, co dla mnie ważne, muzyka z sensem, a nie electro pitu pitu czy radio.


Wegański big mac (12zł) i hoop cola w puszce (4zł).





Dalej - frytki w Okienku na Oleandrach, niedaleko Mokotowskiej. Grube belgijskie fryty za jedyne 5zł plus salsa z ananasem. Mam tylko bardzo nietwarzowe zdjęcia jak napycham ryj frytkami, więc tu ze spaceru po Ochocie.


Kolejny przystanek - Sahara. Goście musieli spróbować słynnych falafeli extra, z bakłażanem, cukinią, sosami, o rozmiarze dwóch tomów "Chłopów" Reymonta niemalże. My, znając ich smak, poprzestaliśmy na porcji hummusu na osobę. To najlepszy hummus, jaki jadłam w knajpie w Warszawie - wiele miejsc nie umie go robić i podaje gęstą, suchą pastę z cieciorki. Podobnie dobry jadłam jeszcze w Poznaniu.

A dziś - wielki obiad w Loving Hut. Tym razem bez problemu dostaliśmy stolik.



 Jadłam vegan balls, czyli kulki z tofu w jakimś pysznym "pieczeniowym" sosie (14zł). Rafał prezentuje Happy Meal, coś w rodzaju omletu zawiniętego w papier ryżowy i usmażonego (15zł). Plus, oczywiście, dla każdego zielone ciasto z liści pandanowca.

Parę fot ogólnych.




środa, 17 kwietnia 2013

tradycyjny indyjski chlebek naan






Trochę jest z nim zamętu, bo to chlebek drożdżowy, więc potrzebuje czasu, by wyrosnąć.
Tradycyjnie naan nie jest wegański, często on lub jego nadzienie smażone są na maśle. W domu można oczywiście zrobić na oleju.

2 szklanki mąki
1,5 łyżeczki drożdży suchych ( u mnie Cykoria)
1 łyżeczka soli
2 łyżeczki cukru
1/2 łyżeczki proszku
2 łyżki oleju
3 łyżki jogurtu sojowego naturalnego bądź 4 łyżki zmiksowanego avocado plus łyżka soku z cytryny
3/4 szklanki letniej wody

Rozpuścić drożdże z cukrem i 1/4 szklanki wody, odstawić na 10 minut. Zmieszać mąkę z solą i proszkiem plus olejem, jogurtem lub avocado. Dodać drożdże i wyrobić miękkie ciasto. Wyrabiać 5 minut, odstawić na 2h. Po tym czasie wyrobić minutę, podzielić na tyle części, ile ma być naanów - u mnie wyszło 7 sztuk.

Formować owalne placki, wałkować, udekorować posypką, czyli czarnym sezamem i aidżwanem, oprószyć odrobiną mąki, spryskać kilkoma kroplami wody i smażyć na odrobinie oleju pod przykryciem. Naany mają dostać burchli i zbrązowieć. Można je również upiec.

Istnieją naany z nadzieniem - wtedy jego łyżkę ( różne wariacje, np. kalafior, ziemniaki, groszek z indyjskimi przyprawami) umieszczamy na środku placka, lepimy kulkę i delikatnie rozwałkowujemy tak, by nadzienie nie wypłynęło. Wyższa szkoła jazdy, ale wyszło mi to z alu parathą, więc pewnie wyszłoby i teraz. Ograniczyłam się jednak do sezamu, aidżwanu i pasty czosnkowej na wierzch, zwłaszcza, że nadal nie mam wałka i wałkuję butelką po piwie.

Do takiego obiadu pasuje oczywiście ryż basmati i warzywne curry.

300g kalafiora
puszka ciecierzycy
500ml przecieru lub soku pomidorowego
pół puszki gęstego mleka kokosowego
olej
sól
przyprawy : imbir, curry, kmin rzymski, kolendra mielona

Zaczynamy od podprażenia przypraw ( po łyżeczce) na sporej ilości oleju przez kilkanaście sekund, aż zrobi się pasta. Mieszamy drewnianą łyżką, bo przyprawy tego typu szybko się palą i gorzknieją. Wrzucamy kalafior podzielony na małe różyczki i dolewamy wody tuż nad jego poziom. Solimy i gotujemy prawie do miękkości, po czym dorzucamy opłukaną cieciorkę i pomidory. Gęstą masę gotujemy około 15 minut i na sam koniec dodajemy mleko koko, intensywnie mieszając.

Inspirowałam się przepisem na naany z bloga http://www.veganricha.com/ z indyjskimi przepisami wegańskimi, wariacja na temat curry jest natomiast moja.
Do takiego obiadu świetnie pasuje mango lassi.

wtorek, 16 kwietnia 2013

sobota, 13 kwietnia 2013

pierwsza wiosenna sobota

Wczoraj jeszcze spacer w zimnym deszczu, mokre trampki, falafel jedzony pod wiaduktem dworca Powiśle, żeby nie zmoknąć, w końcu ratowanie się ucieczką na niedobrą kawę do wietnamskiej mordowni. Dziś już luksus, 19 stopni ciepła, lekka kurtka, bo jeszcze strach, wyprawa nad Narew, obwarzanki.


 Rafał wywiódł mnie w pole. Lubię duże miasta, ale wolę małe, zwłaszcza takie, w których jestem pierwszy raz. Zachwyca mnie wszystko, psy, ludzie, domy. Odbyliśmy miły spacer nad brzegami Narwi.



Jesteśmy tropicielami brzydoty codzienności oraz eksploratorami miejsc, które mieszkańcy chcą ukryć. Co tam błoto, co tam płot.

 
W domu brzydka breja ( przynajmniej nie szaro-bura, jak ostatnio zarzucano) - próbowaliście połączenia kapusta kiszona-czerwona fasola-pieczarki-granulat? Musicie! Absolutny hit z razowym makaronem.
I coleslaw z czerwonej kapusty ( mam dosyć osób, które czytają to kolesław - czyta się - ˈkəʊlslɔː ) -  wybaczcie fonetyczny zapis, ale jest to jedno ze słów, które Polacy z uporem wymawiają niepoprawnie i oburzają się, że nie mam racji. Tu wymowa amerykańska - USA i polskie nieszczęsne "kolesław", które brzmi jak "Stanisław". Brrr.

Czytam o Syberii i o Bombaju jednocześnie. Zasuwam po 100 stron dziennie, bo wyznaczyłam sobie wysoki limit książek do przeczytania na ten rok.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...