czwartek, 28 lutego 2013

czwartek z byle czym vol.14

Mam wolne czwartki, które zazwyczaj spędzam domowo przynajmniej w części. Eksperymentuję w kuchni, czytam książki kucharskie i inne, sprzątam, choć niechętnie, jeżdżę po warzywa. Tak zwany dzień gospodarski i leżenie odłogiem.

Obiecałam recenzje kilku książek o weganizmie. Bardzo się cieszę, że ostatnio więcej ich wychodzi po polsku. Fala wegańskiej rewolucji dopiero nadciąga, mówię wam! I gdzieś mam, że weganizm staje się modny, bo akurat w tym wypadku nie może to być zarzutem - niech wszyscy hipsterzy miasta noszą koszulki Go Vegan!, niech w każdej knajpie będą burgery z fasoli i niech piszą o weganizmie na pudelku. Proszę bardzo. Jeśli to ma pomóc zwierzętom, to niech będzie najmodniejsze na świecie.

Dziś o Widelcu zamiast noża, książce, która jest rezultatem pracy nad filmem Forks Over Knives, który pewnie widzieliście - a kto nie widział/a, to niech obejrzy, bo są tam dokładnie te same historie co w książce, a jednak za pomocą dźwięku i obrazu lepiej przemawiają do wyobraźni.
Widelec nie jest o prawach zwierząt - to książka o weganizmie jako diecie prozdrowotnej. Opisuje przypadki wyleczenia osób chorych na tzw. choroby cywilizacyjne ( raka, miażdżycę, problemy z sercem) za pomocą diety roślinnej. Podaje informacje o takim sposobie odżywiania w przystępny, prosty sposób, a przy tym jest ciekawie opracowana graficznie.
Czego się dowiadujemy? Ano na przykład, że kazeina, zawarta w mleku krowim, jest jedną z najsilniej rakotwórczych do tej pory odkrytych substancji. Że nie ma co martwić się niedoborem białka ( założę się, że kiedy ktoś dowiaduje się, że jesteście weganami, pyta z troską lub przerażeniem - A skąd bierzesz białko? Zgadłam? Bo ja słyszę to pytanie bardzo często) - ludzie spożywają dużo więcej białka, niż powinni. Teoria żywieniowa mówiąca, że białko powinno być podstawą piramidy żywieniowej upadła w latach 70. Mimo to nadal jest lansowana jako jedyna słuszna przez niektórych lekarzy i dietetyków, razem z drugą nieprawdziwą teorią - że jedynym źródłem pełnowartościowego białka są produkty odzwierzęce. A figę! ( figa jest jednym z lepszych roślinnych źródeł białka, swoją drogą).

Nie będę wam streszczać całej książki, ale nadaje się ona idealnie na prezent dla początkujących wegan lub mam/babć/ojców, którzy chorują na częste w naszym kraju choroby układu krążenia czy cukrzycę, ale nie wyobrażają sobie zmiany diety. Książka przystępnie wyjaśnia co i jak jeść, jakie narzędzia kuchenne kupić, jest też ciekawy rozdział Jak przetrwać okres przejściowy. Dalej, zawiera 125 prostych, ciekawych przepisów na zupy, pasty do pieczywa, dania główne, sosy.
Podbudowa teoretyczna też oczywiście jest - przedmowa T. Campbella, czyli autora China Study, książki o tzw. badaniu chińskim trwającym 40 lat, w trakcie trwania którego porównano dietę zachodnią i azjatycką, i wysnuto poparte dowodami naukowymi wnioski na skuteczność diety roślinnej w zwalczaniu chorób cywilizacyjnych.
I tu dochodzimy do żywych dowodów, czyli ludzie, którzy źle się odżywiali i chorowali opowiadają swoje historie. To przemawia do wyobraźni bardziej, niż tabele i suche fakty.

Jeszcze jedno - jeśli chcecie kupić jakąś książkę o weganizmie, po polsku czy angielsku, to zanim skierujecie swe kroki do znanej sieci księgarń, sprawdźcie czy nie ma jej w Wegarni. To internetowa księgarnia, która sprzedaje książki kucharskie, o weganizmie i prawach zwierząt oraz koszulki i kubki z nadrukami o tej tematyce. Warto wspierać taką inicjatywę. Moje książki przyszły mi bardzo szybko, więc mogę z czystym sumieniem Wegarnię polecić.


Wieczorami oglądam ostatnio serial "Cold Case", tutaj zdjęcie znienacka. Poziom tłumaczenia napisów woła o pomstę!

Ostatnio byłam na wystawie Cztery Razy Świat. Polecam, jeśli interesuje was fotografia reportażowa z lat 50. i 60.

Zrobiłam też bułeczki drożdżowe z kruszonką. Kot na podkładce wygląda, jakby się na nie czaił;)

Dziś na obiad zupa pomidorowo-cieciorkowa oraz danie typowo meksykańskie, zresztą zaczerpnięte z Widelca - quesadillas z hummusem, warzywami i guacamole.

A tu moja ulubienica, Chilijka Belona.








wtorek, 26 lutego 2013

łężnie warmiackie i niebieska grzywka

 Łężnie to coś pomiędzy kluską a pyzą, ale z gotowanych ziemniaków. W dodatku nadziewane dwoma rodzajami kapusty! Regionalna kuchnia polska interesuje mnie coraz bardziej, zwłaszcza że te najbardziej rozpowszechnione, najuboższe przepisy często były po prostu mączne, nie mięsne, i nie wymagają weganizowania.
A czemu warmiackie? Bo moja rodzina od kilkunastu lat mieszka na Warmii, w środku lasu niemalże. Nie mamy żadnych rodzinnych związków z tamtymi terenami z dziada pradziada, ale po iluś latach przebywania w jednym miejscu człowiek łapie lokalny klimat, język, i zachwyca go lokalna kuchnia i przyroda. Jest tam naprawdę pięknie - ceglane pruskie domy ( nasz jest z 1911 roku), czyste jeziora, piaszczyste drogi, dużo dzikich zwierząt chodzi sobie swobodnie po lasach.

(przepis z puszki.pl z moimi modyfikacjami)

10 ziemniaków
1/2 szklanki mąki ziemniaczanej lub kukurydzianej
pół łyżeczki soli

Ziemniaki gotujemy i rozgniatamy praską, po czym zagniatamy ciasto jak na kotlety ziemniaczane z powyższych składników. Nie dolewamy żadnego płynu!

50g kapusty kiszonej
1/4 główki małej kapusty białej
kminek, sól, olej, woda

Wszystko kroimy drobno i zasmażamy na oleju - to nasze nadzienie.

Składamy łężnie do kupy - na dłoni robimy coś w rodzaju placuszka ziemniaczanego, nakładamy farszu i przykrywamy kolejnym placuszkiem z góry, po czym formujemy coś w rodzaju kuli wielkości pięści. Jeśli z boku wystaje troszkę kapusty, to trudno - gorący olej nie pozwoli jej wypłynąć.
Łężnie smażymy na dość głębokim tłuszczu, jak pączki, po czym osączamy na ręczniku papierowym i od razu jemy.

Sos : 100g podsmażonych pieczarek, 500ml przecieru pomidorowego, łyżka oliwy, pieprz, sól - dusimy razem w rondelku.

Jedliśmy to z czerwoną kapustą. Jak widzicie mamy tu same lokalne i sezonowe składniki, nic wymyślnego. Tłuste, smaczne, pożywne i bardzo tanie danie.

Właśnie szukam nowych przepisów na obiady, ale na przednówku mało co ciekawego można wymyślić. Pewnie zrobię pieczeń seitanową z nadzieniem z porów. Na śniadania zajadam się teraz chlebem pszenno-żytnim z pastą ze słonecznika, pestek dyni i groszku, robię już kolejną jej porcję.
Dziś czeka mnie wietnamski obiad w Au Lac, chyba zjem chrupiące tofu i kulki sezamowe z adzuki. Rzadko trafia się knajpa z tak rozbudowanym wegańskim menu, że nie wiadomo co wybrać; to jest właśnie ten przypadek, więc mam zamiar skorzystać. Ostatnio wydaliśmy tam fortunę i nie udało nam się zjeść wszystkiego, jedzenie przyjechało z nami w pojemnikach do domu. Porcje-mutanty.
A tu grzywka. Po dwóch myciach jest już dużo jaśniejsza i wręcz zielona, trzeba będzie chyba często poprawiać.

niedziela, 24 lutego 2013

bez słowa 3

A raczej z krótkim słowem.


Japońskie mochi o smaku korzenia taro. Nadziewane, pyszne. Zupełnie inne podejście do słodyczy, niż na Zachodzie - ja lubię.

I mochi w opakowaniu oraz sos karmelowo-kokosowy, wietnamski.

I żeby pozostać w azjatyckim kręgu- obiad w Loving Hut w Warszawie, ul. Jana Pawła II 41A lok.8.


piątek, 22 lutego 2013

sernik-ufo i zupa cytrynowo-szpinakowa

Parę dni w domu to z jednej strony marzenie ( wszyscy są w pracy, a ja sobie siedzę w cichym mieszkaniu, jem, czytam, piszę, uczę się czeskiego, słucham muzyki), a z drugiej - przekleństwo. Poszłoby się gdzieś, a najlepiej pojechało, połaziło, kawę wypiło, zmarzło. Ale pogoda nie zachęca.
Wyglądam przez okno i widzę identyczną pogodę jak miesiąc, dwa, a nawet trzy temu.


Na pociechę upiekłam zielony sernik-ufo. Wiem, wygląda jak tarta ze szpinakiem. Ale jest słodki! Na migdałowym spodzie, ze słodką warstwą tofu, które zabarwiłam kupionymi ostatnio w Czechach barwnikami. U nas ciężko ze znalezieniem barwników do żywności. Użyłam kiedyś takiego w płynie, chyba produkcji niemieckiej, kupionego w Piotrze i Pawle - i tort był ledwo zielony. A tu proszę, zieleń trawy, barwnik tani, i żadnego wpływu na smak.
Nie pytajcie czemu chciałam zrobić zielony sernik. Nie wiem. Może dlatego, że nigdy jeszcze nie robiłam?

Spód : 100g migdałów zmielić blenderem z odrobiną wody ( lub kupić mielone), dodać 100g rozpuszczonego tłuszczu roślinnego, który potem się scali ( czyli raczej nie olej i nie alsan, tylko coś plantopodobnego, np. utwardzony tłuszcz roślinny lub olej kokosowy), kilka łyżek cukru, zmiksować raz jeszcze i zagęścić mąką - około szklanki. Zagnieść, wyłożyć tym tortownicę,
podpiec 10 minut.

Masa ufo : 2 kostki tofu naturalnego ( im gładsze tym lepiej, silken byłoby super, ja miałam wietnamskie, ale poczciwa stara Polsoja też się nada z braku laku), budyń waniliowy w wersji proszkowej, zapach dowolny ( u mnie bitter almond), sok z dwóch cytryn, kilka łyżek cukru ( sami musicie zadecydować jak słodka czy kwaśna ma być masa), kilka łyżek mąki kukurydzianej, ryżowej lub sojowej dla scalenia masy, barwnik zielony.
Wszystko blendujemy na gładko, wykładamy na podpieczony spód, i z powrotem do pieca na pół godziny.

Strasznie zielone, nie?

Podobną zupę jadłam w Marrakesh Cafe i pisałam o niej tu. Nie miałam przepisu, ale miałam pomysł. Internet był małą pomocą, bo wypluwał przepisy z większą ilością składników, niż zapamiętałam z konsumpcji w Marrakeshu, a to mogło wpłynąć na smak. Nie ma nic gorszego, niż chcieć odtworzyć coś, co się jadło, i zrobić coś kompletnie od czapy, więc zaufałam własnej pamięci.

2 ziemniaki
100g świeżych liści szpinaku
2 cytryny, skórka z jednej i sok z obu
świeże liście kolendry
korzeń imbiru, ok. 2 cm, posiekany
przyprawa do kuchni chińskiej
olej sól
creamed coconut, wiórki lub mleko kokosowe

Od lewej - kolendra, skórka cytrynowa i creamed coconut.

Ziemniaki i imbir obieramy i kroimy, zalewamy wodą z łyżeczką soli i gotujemy do miękkości. W tym czasie parzymy cytryny, wyciskamy sok i skórkę z jednej ( lub nawet połówki, bo zupa wychodzi kwaśna) kroimy drobno bądź trzemy na tarce. Myjemy szpinak, kroimy kolendrę. Dodajemy wszystko do zupy wraz z przyprawą, i gotujemy do połączenia smaków. Kokos dorzuciłam na końcu, by przyjemnie się rozpuścił. Czym zabielić zupę?Można mlekiem kokosowym, sojowym lub śmietanką ryżową, ale można też na biedaka, czyli zaklepać ją kilkoma łyżeczkami mąki kukurydzianej rozmieszanej z gorącym płynem. Zupa nie ma być gęsta, ale powinna być lekko kremowa i nieprzezroczysta.


Wybrałam się dziś na krótkie zakupy do supermarketu. Nie ma się czym za bardzo chwalić oczywiście, ale pokażę zdjęcie dla nieprzekonanych, którzy twierdzą, że weganie nic nie mogą sobie kupić w ogólnodostępnych sklepach.


Mniej więcej w połowie lutego odpuściłam lokalność i sezonowość kupowanych produktów. Wiadomo, że można było dać radę, i i tak pierwszą moją zimę w 95% na sezonowym jedzeniu uważam za sukces, ale z biegiem lutego miałam wrażenie, że coraz mniej jest do jedzenia, a nic nowego się nie pojawia. Załamała mnie pieprzona natka pietruszki z Włoch. Wszystko z daleka, nawet takie wydawałoby się oczywiste wybory, jak pory czy koperek.
Czekam na marzec, a tymczasem rozważam jedzenie pomarańczy, bo choć jabłka są pyszne, to już mi trochę obrzydły.


PS. Zagubiony Omułek ma do oddania 250g orzechów piorących w lnianym woreczku. Kto chce spróbować, niech się zgłosi i zostawi swojego maila.

czwartek, 21 lutego 2013

czwartek z byle czym vol.13

Od pięciu tygodni nie było czwartku z byle czym! Olaboga.

Jestem chora, może nie obłożnie, ale mam katar i kaszel, które uniemożliwiają mi prowadzenie zajęć z uczniami ( wczoraj jeszcze prowadziłam i nie było to zbyt udane przedsięwzięcie - I musimy teraz zadecydować, która z czynności przeszłych działa się wcześniej, khem khem, apsik, przepraszam, i tę wcześniejszą wstawiamy w czasie Past Perfect, gdzie te chusteczki?). Teraz mam cztery dni wolnego, obiecałam, że nie wyjdę w tym czasie z domu, ale oczywiście będę się już w sobotę starała przekonać Rafała, że jestem zdrowsza i trzeba gdzieś pojechać - na razie jednak cicho sza, sterczę w domu, oglądam "Jericho", piekę pierogi drożdżowe zimowe ( przepis tu) i gotuję czerwoną soczewicową na kokosie, oraz cieszę się nowymi książkami, które właśnie przyszły, wraz z PIT-em i zagubioną niebieską farbą.
Źle mi, że nie pojechałam na Hel, wyjazd przełożony na połowę marca.


Są książki! Bardzo jestem ciekawa "China Sudy" zwłaszcza.


Część moich kucharskich. Reszta nadal w piwnicy, bo wejść pięć pięter z kratą książek to nie takie hop siup. Mieszkamy tak wysoko, że listonoszka nie wchodzi, i cieszy się, że do niej schodzimy po przesyłki. Mimo to lubię mieszkać w zwykłych blokach gdzie starsze panie plotkują przed klatką, na każdym piętrze mieszka z dziesięć osób, na parapetach klatek stoją upiększające ( w zamyśle, bo efekt różny) roślinki i wiszą firaneczki, a wchodząc na samą górę czuję zapach każdego obiadu i słyszę disco z bitem, którego wielbicielką jest dziewczyna pod nami. I tak, czasem mnie to wszystko wkurza, ale nie lubię martwych osiedli.

Śniadanie sponsorował smażony chleb wiejski z wczorajszymi falafelami własnej roboty, resztką sojowego sera i przyprawą do pizzy.

Lubicie kadzidła? Polecam stożkowe, łatwiej się palą, nie gasną co chwilę i nie trzeba drewnianej podstawki. Obok mój ulubiony pierścionek-słoń, rzadko go noszę, nie lubię nic mieć na palcach.

Nie mogę uwierzyć, że śnieg nadal pada. A pada.

środa, 20 lutego 2013

sushi i owoce w cieście

Umieram na katar, a śnieg pada i pada, od wczoraj w nocy nie przestaje. Luty to paskudny czas. Czekam na marzec, a najbardziej na maj.
Wszystkie zalety zimy wykorzystane. Wszystkie tłuste i słodkie potrawy zjedzone, wszystkie zimowe warzywa znam do ostatniej pestki i obierki. Wszystkie spacery po zaśnieżonych lasach i polach odbyte. Książki przeczytane ( wczoraj "Grochów" Stasiuka), kawy z syropami wypite.
Nie chcę zimy, nie chcę i protestuję.
Został jeszcze tydzień lutego, tydzień pracy i wystawania na zimnych przystankach.
A potem czarne trampki i lekki płaszczyk. Czeka nas teraz ta milsza połowa roku, i to jest cudowne.

Sushi wbrew zimie - z tofu, avocado, marchewką, ogórkiem i czarnym sezamem.

Owoce w czeskim cieście waniliowym z mąki grochowej. I nutella z orzechów laskowych, karobu i daktyli ( i niczego więcej, a niesamowicie dobra).


Typowy zimowy makaron ze wszystkim - czyli pomidory, szpinak, pieczarki, cebula, płatki drożdżowe w charakterze parmezanu.

Przez kilka dni będę w domu, a nie tam, gdzie miałam być. Może ten czas mi się do czegoś przyda. Czekam na nowe książki i farbę do włosów, która zaginęła gdzieś na poczcie. Przeglądam "Veganomicon" w poszukiwanie przepisów na zupy. Zbieram się do zasadzenia roślin.
Świat jeszcze udaje, że nie będzie wiosny, ale ja wiem swoje.

poniedziałek, 18 lutego 2013

roślinne środki czystości

Zastanawiałam się czy o tym pisać, bo nie jest to temat "jadalny", ale skoro piszę ogólnie o pewnym sposobie życia, który obejmuje nie tylko dietę, to chyba warto dorzucić coś poza przepisami.
Eksploatacja zwierząt odbywa się na różnych poziomach i jest tak rozpowszechniona, że często nawet nie poświęcamy jej namysłu. Oczywiście pierwszym krokiem ku jej zniesieniu czy ulżeniu zwierzętom jest zaprzestanie spożywania pokarmów pochodzenia zwierzęcego - ale na tym droga się nie kończy. Według mnie weganizm jest postawą, nie tylko dietą, i jako taka powinien być spójny oraz konsekwentny.
Nie czułabym się dobrze unikając jajek, ale radośnie używając Domestosa czy kosmetyków testujących firm. Warto poczytać pewne informacje i wykonać pewne, w sumie mało inwazyjne dla siebie i gospodarstwa domowego kroki, by również na polu dbałości o swój wygląd i dom nie eksploatować zwierząt i środowiska.

O kosmetykach mam cholernie mało do powiedzenia, bo po prostu ich nie używam, z wyjątkiem tych myjących. Nie jestem więc kompetentna w porównywaniu tuszy do rzęs czy podkładów - ale jest kilka blogów, które to robią, choćby Mad Tea Party.
Sprzątać natomiast każdy/a musi, choć ja osobiście nie przepadam za tą czynnością, jest zbyt powtarzalna i mało ekscytująca ( chyba że odkryjemy nowy rodzaj pleśni albo rybiki cukrowe w łazience!).

Od kilku lat piorę w orzechach. Wydaje się to niemożliwe, a jednak w kontakcie z wodą się pienią, bo zawierają saponinę. Oczywiście do bębna pralki nie wrzucamy ich luzem, tylko w woreczku lnianym lub np.zawiązanej skarpetce. Na kilka prań wystarczy ten sam woreczek z 6-8 sztukami orzechów. Do pojemników na płyny i proszki nie wrzucamy już wtedy nic. To bardzo ekonomiczne - 500g starcza na ponad pół roku, a kosztuje ok. 22zł. Ekologiczne również, bo nie produkujemy chemicznych mydlin.
Zarzut wielu znajomych i próbujących tego sposobu ( zarzut, którego nie rozumiem, ale przytoczę) - pranie nie pachnie. Tzn. pachnie, ale wodą, czystością, a nie proszkiem czy płynem. Dla mnie to żaden problem, ale komu to przeszkadza, może skropić woreczek kilkoma kropelkami ulubionego olejku zapachowego. Ja używam patchouli, ale nie polewam nim prania, bo stosuję go zamiast perfum, i ubrania i tak nim pachną.

Z bardziej rozpowszechnionych środków czyszczących używam Froscha. Frosch to ekochemia, tu macie ich informacje na temat ekologicznej polityki firmy : http://frosch.pl/9-pkt-ekologii.html. Dodam, że znajdują się na liście nietestujących.
Te produkty można kupić w Rossmannach i Kauflandach, jak również czasem w mniejszych drogeriach oraz sieciowych sklepach z jedzeniem typu Real. Używam mleczka do czyszczenia, płynu do WC ( jest lawenda i mięta), środka do mycia szyb, płynu do naczyń i sodowego spryskiwacza do kurzu, który mi się skończył i nie ma go na zdjęciu. Ich strona informuje, że produkują jeszcze wielkie proszki do prania i płyny do podłóg, ale nigdy ich nie widziałam na żywo. Napisałam do nich z zapytaniem, gdzie to mogę kupić, i czekam na odpowiedź.

Argumenty przeciw Froschowi, które czasem słyszę, są głownie natury finansowej. Jeśli ktoś używa płynu do naczyń za 70gr ( a są takie), to wiem, że trudno mu przeskoczyć na 6zł. Ale warto - dobra jakość i gwarancja nietestowania. Płyn może jest zużywany szybko, ale np. mleczko do czyszczenia czy płyn do szyb starczają na całe miesiące, i w tym kontekście cena 7-10zł nie wydaje się odstraszająca. Jeśli ktoś używa tzw.porządnej, drogiej chemii ( jak Domestos, Ace i inne reklamowane szeroko środki), to płaci nawet więcej, więc warto przeskoczyć na tańsze, a ekologiczne, bez chloru, sztucznych zapachów i milionów litrów gryzącej piany.

Pośrodku zdjęcia stoi płyn Almacabio, specjalny płyn do prania w pralkach, bez składników pochodzenia zwierzęcego. Zamówiłam go w sklepie http://vegevege.pl/. Kosztuje co prawda 25zł, ale starcza na ok. 30 prań ( leje się jedną nakrętkę). Pranie ślicznie pachnie, więc to alternatywa dla tych, dla których orzechy pachną za mało.

Pozdrawiam znad śniadania.


sobota, 16 lutego 2013

weganka w Warszawie - Marrakesh Cafe

Powstaje coraz więcej wegańskich miejsc albo takich, w których obsługa wie, co weganie jedzą, a czego nie, i jest w stanie coś zaproponować. Jeśli ominęło was trwające od wczoraj facebookowe szaleństwo na ten temat, to ogłaszam, że 2 marca w Warszawie przy Hożej otwiera się Krowarzywa, całkowicie wegańska burgerownia. Świetnie! Będzie można kupić stuprocentowo roślinne burgery na bułkach wypiekanych na miejscu. Jeszcze nie wiem czy dobre, jak się otworzy to zrobię relację - ale pewnie dobre:)


Wczoraj po kinie ( polecam "Drogówkę", choć to przerażający obraz Polski) poszliśmy zjeść obiad do Marrakesh Cafe przy Alejach Jerozolimskich 123A, w budynku biurowca. Knajpa w biurowcu sprawia niestety wrażenie knajpy w centrum handlowym, i nie jest to typ wrażenia, jaki lubię. Wystrój ładny, ornamenty, dużo luster, leci arabska muzyka, ale wszystko sprawia wrażenie fast foodu czy szybkiej lunchowni. To typ baru, który często napotykałam w Czechach, czyli nakładasz sobie na talerz różnych rzeczy, a później talerz jest ważony. Są też oczywiście dania z karty.

Potraw wegańskich jest dużo, zwłaszcza w sekcji bistro. Na talerzu dolma, hummus, zielony sos z nie wiem czego, warzywne tajine i magdus, czyli arabski gołąbek nadziewany orzechami. Do tego można zamówić pittę lub bezglutenowe pieczywo ( właśnie, bar ma wyraźne oznaczenia co jest wegańskie i bezglutenowe, i wzruszyło mnie oznaczanie pieczywa, bo nigdzie indziej się z tym nie spotkałam). Uwaga, to nie jest bar wegański! Obsługa się orientuje, ale i tak warto pytać o wszystko czego nie jest się pewną.

Zupa cytrynowo-szpinakowa, przepyszna. Mała kosztuje 5zł, duża - 7. Z tego, co widziałam w karcie, zupy zawsze są wegańskie.

Tu trochę zaskoczenie, bo buddha burger okazał się...nie burgerem, lecz kanapką na żytnim, lekko podgrzanym chlebie ze świeżymi warzywami i bardzo smacznym kotletem z tofu. Było dobre, ale się rozwalało, zbyt mało podgrzali, i miałam wrażenie, że w środku jest margaryna (?). Są jeszcze dwa typy wegańskich kanapek.

Jest Afri Cola i wiele innych niekorporacyjnych napojów oraz arabskie kawy i herbaty.

Wnioski : miejsce jest dobre na szybki obiad, a raczej talerz przekąsek, ale nie nadaje się do przesiadywania godzinami. Przyjście o 17 oznacza, że wielu rzeczy już nie będzie (np. wegańskich pralinek czy bagietek), a dania w podgrzewaczach będą niezbyt ciepłe. Był spory tłum, a tylko dwie osoby obsługi, które miały niestety pewne opóźnienia i zapominały o niektórych rzeczach.
Tak naprawdę bezkrytycznie smakowała mi tylko zupa oraz kotlet z tofu w kanapce.
Na pewno nie jest to idealna wegańska miejscówka, jednak doceniam, że ktoś dostrzega potencjał reklamowania pewnych dań jako wegańskich. Idzie ku dobremu, choć powoli i niestety nie wszędzie.

piątek, 15 lutego 2013

zupa z białych warzyw i inne

Jedzenie jest paliwem czy przyjemnością?
Zawsze mnie dziwi, gdy ktoś mówi, że nie lubi jeść, że je, by przetrwać, że jedzenie mogłoby nie istnieć - staram się nie dziwić ludzkim wyborom na zasadzie oburzenia starej ciotki, w stylu ale jak to?, ale czasem tak myślę. Bo to jednak zastanawiające, jak się bliżej przyjrzeć - ludzie bardzo często dbają o to, co ich ciało przyjmuje z zewnątrz, jak wygląda, ubierają je modnie, nakładają drogie kremy, farby, a o to, co wrzucają ciału do środka już nie dbają. I to mnie zdumiewa. Że można sobie zrobić fryzurę za kilka stów, a jeść chemiczne sosy z torebek czy zupki chińskie, bo to nieważne.
Przecież to nawet ważniejsze, bo budujesz swój organizm, swoją odporność, swoją choćby krew na najbliższe kilkadziesiąt lat. Nie jestem fanką wyłącznie zdrowego jedzenia, zresztą widać, że na blogu jest pełno śmiecia i fast foodu, jem produkty przetworzone, słodycze itp. Ale mam świadomość tego, co jeść, by do organizmu wprowadzać białka, witaminy czy wapń. Puste kalorie są dodatkiem, podstawą jest porządny obiad każdego dnia. Każdego. I to nieprawda, że nie ma czasu ( jak mi powiedziała kiedyś z wyższością pewna pani, nota bene starsza ode mnie tylko o dwa lata, ale mająca dwójkę dzieci - w weganizm to się można bawić jak się nie ma dzieci, bo to wymaga czasu! To jeden z najgłupszych i najsłabszych argumentów przeciwko weganizmowi, jaki słyszałam, a słyszę ich tony). Ugotowanie roślinnego posiłku zajmuje około pół godziny ( opcja : kasza, kotlety ze strączków z puszki, sałatka, jakiś szybki sos), a w godzinę to już można zrobić wykwintne wysmaki, coś zapiekanego czy obiad dwudaniowy ( oczywiście naszym hasłem jest koordynacja! oba dania gotujemy jednocześnie, a nie jedno za drugim). Przecież głupia sztuka mięsa smaży się chyba sporo czasu? ( nie wiem, bo mięsa nigdy się nie uczyłam gotować, ale odnoszę wrażenie, że kotlet mięsny smaży się dłużej, niż kotlety strączkowe, bo istotne jest, żeby nie był w środku surowy). Więc gdzie tu te nakłady czasowe związane z weganizmem?

Teraz parę zdjęć z ostatnich posiłków.


Kalarepka na parze, kotlet z białej fasoli ( z puszki fasoli wychodzą cztery duże sztuki), marchewka w sosie z tahiny, ostry sos pomidorowy i brukselka z cebulą, czosnkiem i pieczarkami. W takim układzie nawet ona da się lubić!

Zupa z białych warzyw ( pietruszka, ziemniaki, cebula, seler, gruszka) z czarnym sezamem. Słodycz pietruszki trochę przykryłam imbirem, kminkiem i miętą.


Walentynkowy tort czekoladowy na biszkopcie karobowym, z kremem z waniliowego budyniu i z mrożonymi owocami leśnymi.


Ser smażony według  cottien.blogspot.com się udał - wędzony Veganline w panierce z no-egg i płatków kukurydzianych. Sos peri-peri na pierwszym planie nieapetycznie się rozlał, ale sam ser...boskość.


A dziś na śniadanie świeżutka bagietka z serem vegi belle, pastą paprykową i ogórkami. I to nie koniec na dziś, bo dziś nagradzam się za uczciwą pracę nad tłumaczeniem i idę do kina oraz do bliskowschodniej Marrakesh Cafe, gdzie, jak wieść niesie, mają burgery z tofu, różne pasty i wegańskie trufle i pralinki.

Luty jest nudny, więc przefarbuję sobie grzywkę na niebiesko, by rozproszyć mroki;)
Dostałam też pytanie czy gdzieś jadę w tym miesiącu. Oczywiście! Trzy dni spędzę w Gdyni, Gdańsku, Władysławowie i na Helu. Morze zimą! Będzie o czym pisać.

środa, 13 lutego 2013

serowy food porn

Food porn, czyli oglądanie zdjęć jedzenia dla czystej estetycznej przyjemności. Uwielbiam!

Dziś dostawa serów z www.evergreen.pl. Chcę spróbować jak największej ilości różnych wegańskich serów, bo mam plany związane z tym tematem. Zamówiłam więc pięć rodzajów za jednym zamachem.


Najpierw dwie nowości - Vegi Belle i Wilmersburger. Ten pierwszy to wegański ser biały. Dobrze się kroi, w konsystencji nie do odróżnienia od ścisłego twarogu, zapach też "białoserowy". Smak?  Niby ser, ale jednak przebija się fasolowy smak tofu, oczywiście odpowiednio posolonego a la tofu-feta. Nie jest zły, ale ze wszystkich zakupionych nim byłam najbardziej rozczarowana.
Natomiast drugi, pomidorowo-bazyliowy w plastrach to mistrzostwo. Nie-do-odróżnienia! Konsystencja sera żółtego, smak, zapach, dotyk - wszystko. Smakuje pysznie, jest odrobinę ostry, a przy tym pozbawiony tej ohydnej tłustości, jaką mają sery krowie.

Oba czekają na konsumpcję.
Zapchaliśmy sobie nim żołądki na śniadanie - na bułce ziarnistej z alsanem smakuje nieziemsko. Jak śniadania jedzone przez pójściem do szkoły w wieku ośmiu lat.


Reszta evergreenowych zakupów. Jeszcze trzy rodzaje sera - Veganline wędzony, o którym już pisałam, i słowacki Tavenyr ( taveny to znaczy topiony) w wersji zwykłej i wędzonej. Wszystkie są dość popularne, więc pewnie jedliście.
Dodam, że mam zamiar wypróbować veganline jako bazę do smażonego sera w panierce w stylu czeskim.

Idę dekorować tort walentynkowy, na razie.

niedziela, 10 lutego 2013

lutowa dyniowa

Zdjęcie nieostre, bo obce czynniki zabrały mi baterie do aparatu, a telefon kiepsko fotografuje.

Średnio wypada to zimowe jedzenie sezonowo, kiedy nawet cebula czy koperek potrafią podstępnie okazać się sprowadzane z Włoch...W tym momencie żelazny zestaw to kapusta kiszona, kapusta biała, jabłka, orzechy, ziemniaki, boczniaki, grzyby suszone, marchew, pietruszka, seler, buraki. I dynia, dynia. Dynia, królowa warzyw.

2 kg dyni
2 marchewki
puszka czerwonej fasoli
1 cebula
2 zęby czosnku
kmin rzymski, parantha masala, curry, sól, słodka papryka
olej
pół saszetki creamed coconut lub kilka łyżek wiórek koko

Dynię kroimy i gotujemy, a kiedy zmięknie, z łatwością oddzielamy od skóry - zostaje puree, które chwilę podsmażamy z marchewką i cebulą oraz czosnkiem, po czym wlewamy wodę i gotujemy do względnej miękkości marchewki. Blendujemy na gładko, dorzucamy fasolę i przyprawy, i gotujemy dalej około 15 minut do przegryzienia smaków. Dodajemy na sam koniec kokos.
Zupa jest cudna! Ostra, indyjska, rozgrzewająca. Rafał mówi, że przypomina dhal.

Ostatnio eksploruję kasze, bo są ciekawsze od ryżu i mam ich pełną szafkę. Upiekłam już pleśniaka z jaglanką, a na obiady zapodaję gryczaną i pęczak.


poniedziałek, 4 lutego 2013

idzie luty, podkuj buty i życie na osiedlu

Nie lubię lutego. Najkrótszy to miesiąc, jakiś taki niepotrzebny, wrzucony pomiędzy zimny styczeń i obiecujący marzec. Pogody nie ma, warzyw też nie ma. Jeszcze nic nie tanieje, nic nie rośnie, jeszcze nie można zmienić obuwia i kurtki na lżejsze. Jeszcze w powietrzu nie czuć nic wiosennego.

Odwilż ostatnich dni spowodowała stopnienie wielkich hałd śniegu. Wszędzie woda, ale w końcu, w końcu nie jest biało i mróz nie szczypie w uszy, pace u nóg i rąk oraz wszelkie odłonięte i zasłónięte części ciała. Oczywiście jak tylko skończył się śnieg, a zaczęła woda, pękły mi kalosze. Czary mary, stoję na przystanku i czuję jak kałuża zdradziecko wpełza do buta. W nic nie uderzyłam, niczym nie rozdarłam, miałam je na sobie chyba z dziesięć razy. I po kaloszach.

Wczoraj byliśmy na spacerze po lesie ( o ile to coś tutaj można tak nazwać)i po odległych osiedlach naszego miasta. Było powyżej zera, niebo się przetarło, wiał wiatr, może nie była to pogoda wiosenna, ale na pewno dawała pewną nadzieję. A dziś...znowu śnieg.

Osiedla w środku niczego, z jednym autobusem jeżdżącym raz na godzinę. Wychowałam się w podobnych blokach, w czasach, kiedy dzieci jeszcze nie siedziały w domach przed monitorami ( ani nad lekcjami), tylko latały do wieczora po ulicach, podwórkach i górkach, łącząc się w rozmaite konfiguracje towarzyskie i poznając okolicę. Teraz mniej tych dzieci, ale też są. I to bardziej na takich osiedlach, niż na strzeżonych, gdzie niby "bezpieczniej", ale widać nie wystarczająco, bo pusto.
Kiedy szukaliśmy chaty do kupna, powiedzieliśmy pośredniczce nieruchomości, że blok najpóźniej z lat 90., nie chcemy w osiedlu strzeżonym ani grodzonym, nie chcemy obok bogatych ludzi. Tamta pani była zdziwiona, bo pokazywała nam deweloperskie osiedle pośrodku pustki, bez infrastruktury, za to z podziemnymi garażami ( nie mamy samochodu ani prawa jazdy), i myślała, że to jest właśnie to, czego młodzi ludzie pragną - mieszkać w nowoczesnym bloku, z następnym oddalonym o 5m i zaglądającym w okna, nie znając sąsiadów, nie wychodząc prawie na zewnątrz, bo po co.
Nie wiem, czemu te nowe bloki są synonimem luksusu i oznaczają dobrobyt.
Kupiliśmy w starych, z 1968 roku, blisko stacji PKP, z żadnej strony nikt nam nie zagląda w okna, nawet ze 100 metrów, bo blok jest ustawiony pod kątem. Dużo zieleni, fajne osiedlowe uliczki i alejki, bardzo blisko do sklepu i na pocztę. I układ mieszkania w tego typu blokach jest ciekawy - mamy np. dwa przedpokoje, i to nie obok siebie.
Kilka miesięcy czekaliśmy, aż będzie nas stać na kanapę ( bo lepiej podróżować, niż kupować meble), ale w końcu jest, przyjechała wczoraj. Niczego więcej już chyba nie potrzeba.



Podczas weekendu jadłam bardzo dobre rzeczy - w sobotę wielki obiad u znajomych, czyli zupa z soczewicy z kokosem, brukselka z czosnkiem, marchew na parze z natką i tahini, sałatkę i tłuczone ziemniaki ( co jest z tymi ziemniakami w zimie? ciągle sie ich chce - w Czechach jadłam co dzień frytki, teraz pieczone, gotowane lub tłuczone są na porządku dziennym). Wczoraj zrobiłam białą kapustę zasmażaną z koperkiem i ziołami dalmatyńskimi oraz chiński gulasz pełen warzyw, z kostką sojową.


Kuskus razowy, ziemniaki, czosnek i marchewka pieczone z ziołami i duszona fasola, papryka i rzepa w sosie z płatkami drożdżowymi.


Kolejne z niezdrowych czeskich śniadań.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...