czwartek, 31 stycznia 2013

weganka znowu w Czechach

Podczas trzydniowego wyjazdu udało się przejechać kawał Czech, odwiedzić Česką vysočinę, Kraj Ołomuński i Kraj Pardubicki oraz część Moraw. Lubię Czechy, naprawdę je lubię. Oczywiście ma tu znaczenie czynnik bycia zagranicą i ekscytowania się, jakie to wszystko jest inne i nowe, nieznane. W obcych miejscach interesuje mnie wszystko, co różne od mojej rzeczywistości - co ludzie jedzą, co lubią robić, jak wyglądają ulice, kawiarnie, sklepy, autobusy. Nie da się rzecz jasna uniknąć porównania z Polską, a że patrzę na nią krytycznie, to zazwyczaj wypada ona w takim rankingu średnio, jeśli nie kiepsko.

W Czechach ludzie są milsi w taki zwykły, ludzki sposób. Przykład - będąc w sklepie Jednota (takie czeskie Społem), zatarasowałam jakiejś pani drogę obok tych bramek do wchodzenia z koszykiem, bo nad nimi wisiała tablica z ogłoszeniami drobnymi, i chciałam poczytać co też Czesi kupują i sprzedają. Pani najpierw czekała, aż się zorientuję, a potem, skoro nadal jej nie widziałam, ze śmiechem poprosiła mnie o ustąpienie z drogi. Podobna sytuacja - stałam obok naszego samochodu we Frydku Mistku na parkingu, jedząc bułkę. Obok cierpliwie czekał facet, bo z powodu moich otwartych drzwi nie mógł otworzyć własnych, a ja go nie widziałam ( tak, wiem, jestem fajtłapą). Kiedy go zobaczyłam i się odsunęłam, facet uprzejmie mi podziękował. Wyobraźcie sobie teraz te sytuacje w Polsce - obie te osoby przynajmniej spojrzałyby na mnie niechętnie, jeśli nie zaczęłyby mówić podniesionym głosem, żebym tam nie stała, a już z pewnością zrobiłaby to starsza pani.
W sklepach wszyscy są uprzejmi, nie rozumiem też polskiego negatywnego stereotypu dotyczącego czeskich kelnerów i recepcjonistów. W hotelu w Lošticach, kiedy po zakwaterowaniu wychodziliśmy zwiedzić miasto, pan z baru za nami wybiegł. Pierwsza myśl - coś zrobiliśmy źle i chce nas ochrzanić. Otóż nie - pan troszczył się czy wrócimy przed 22.30, bo wtedy hotel się zamyka. A jeśli nie, to czy chcemy może klucz do drzwi frontowych?
W obu ubytovniach byliśmy jedynymi gośćmi i zostawiano nas absolutnie samych, rano mieliśmy po prostu zostawić klucze w drzwiach. Nikt się nie bał, że coś zdemolujemy czy ukradniemy.
Najśmieszniejsze jest, że meldunek jest taki jak w Rosji, czyli trzeba podać wszystkie dane osobowe na specjalnych karteczkach w dwóch egzemplarzach, a potem na dole złożyć podpis, określony jako signature of alien :)

Kiedy oglądaliśmy synagogę, przechodzące małe dziecko uprzejmie powiedziało Dobrý den, zamiast gapić się na obcych, co w szczerym polu fotografują obłażące mury.



Přibyslav, małe miasteczko wśród ośnieżonych wzgórz. Pogoda była marna, choć zostawiliśmy za sobą polski mróz ( gdy wyjeżdżaliśmy było minus kilkanaście, w Czechach już powyżej zera). W tym niebieskim budynku mieści się sklep ze zdrową żywnością Pro-Vital. Szok kulturowy, bo sklep, jak widać a) istnieje w miasteczku, gdzie są niecałe cztery tysiące mieszkańców, b) jest świetnie zaopatrzony ( wegański nabiał, kosmetyki), c) utrzymuje się i nie bankrutuje, d) są w nim klienci, e) jest czynny od 7.30 rano (!).




W tej części Czech było więcej kościołów rzymskokatolickich, ale również zbory husyckie. Na bramach widywało się napis K+M+B, doczytaliśmy potem, że jest tam aż 50% katolików, co jak na Czechy oznacza bardzo dużo (hehe).
We wszystkich miejscach, które zwiedziliśmy niewiele się działo, ale nawet w takich miasteczkach, gdzie asfalt na noc zwijają były czynne hospody z lanym piwem bezalkoholowym i frytkami z surówką jako jedynym pożywieniem dla wegan. O warzywach w daniach obiadowych za bardzo tu nie słyszano;), ale za to sklepy zaopatrzone są cudownie.
Nie odmówiłam sobie ulubionych lodów malinowych na patyku w czekoladzie, bo nie wytrzymam bez nich do lata, a być może dopiero wtedy będę znowu w Czechach ( jest już plan wyprawy).


Orangina, smaczny soko-napój i chipsy wasabi, jedzone po drodze. Lubię chipsy firmy Bohemia, bo są to smaki kompletnie u nas nieznane, a przy tym dużą część jest wegańska ( okazuje się, że można bez serwatki i inozynianu). Najbardziej smakowały mi właśnie wasabi i rozmarynowe.


Jogurt Ala i pasta toskańska, bardzo dobra z razowymi bułkami, czyli śniadanie podróżniczki, którego składniki można nabyć w prawie każdym sklepie.

Zamiast tradycyjnej Magdy w wąskiej uliczce, tym razem tradycyjna Magda na mostku. Tak, mam też serię zdjęć na mostkach nad małymi rzeczkami. Tu miejscowość Polička w Kraju Pardubickim, śliczne średniowieczne miasteczko otoczone zachowanymi murami obronnymi. Cały czas padał gęsty śnieg.


Następnym punktem wycieczki były  Loštice koło Ołomuńca oraz Frydek-Mistek, gdzie rzuciłam się na wcześniej wybrany przeze mnie sklep z jedzeniem. Jako że w Ołomuńcu byliśmy latem, tym razem już tam nie zawitaliśmy.




Targ i budka z bułkami. Niestety, tradycyjne czeskie słodycze i wypieki zawsze zawierają jajka. Wypatrywałam sobie oczy czytając etykiety w sklepach, ale niestety ok jest bardzo mała liczba rzeczy, chyba mniejsza, niż w Polsce.

Kofolę wszyscy znacie, najlepsza jest zimna, w kuflu, prosto z nalewaka, ciepła mniej daje radę. A ledove ovoce to coś w rodzaju babcinego kompotu z szklanej butelce, z dużą ilością owoców na dnie. Tu o smaku czarnego bzu z kardamonem, ale są też inne.

Łupy, które dotarły do domu. Sojowa maślanka, do której tak tęskniłam, tym razem też była wypijana z wielką regularnością, udało mi się też spróbować truskawkowej.
Wiem, że jesteśmy głupi, ale mamy ubaw, że Karob i Karobena są parą, i muszą stać obok siebie w szafce:)
Alsan jest oczywiście margaryną niemiecką, i w Czechach kosztuje 29kc, czyli w przeliczeniu drożej, niż w Niemczech, ale w Polsce kosztuje jeszcze drożej, o ile w ogóle jest dostępny, więc wzięłam jedną kostkę.

Miło jest wyjeżdżać zimą, choć, jak widzicie, warunki średnie.

Następne kierunki - Trójmiasto, Kraków, kraje nadbałtyckie.

sobota, 26 stycznia 2013

racuszki pinacolada i zupa-krem z ( nie tylko) marchewki

Właśnie skończyłam czytać islandzki horror, reklamowany na okładce jako "książka, po której będziecie się bali chodzić do łazienki". Była faktycznie przerażająca i czytałam ją tylko w otoczeniu innych osób, w pociągu i w domu, gdy nie byłam sama.
Dziś w końcu dobre śniadanie, odpoczynek po dwóch dniach w drodze, miły, choć mroźny wyjazd na lekcje na drugą stronę Warszawy, wszędzie zaspy, szron na szaliku. I dobry obiad, kolorowy, dwudaniowy, choć zobaczycie tylko zupę.

Ale najpierw racuszki pinacolda

Dla tych, którzy zaraz zakrzykną ale kupiłaś ananasa! jak to? - dostałam puszkę tego owocu od mamy, sama bym nie kupiła, ostatnio jadłam go chyba w maju.



2 szklanki mąki
1 szklanka wody lub mleka roślinnego
5 plastrów ananasa drobno pokrojonego
łyżeczka proszku
cukier waniliowy
2 łyżki cukru trzcinowego
cynamon
wiórki kokosowe

Mieszamy, smażymy. Posypałam pudrem, na wierzch dałam po łyżce mleka kokosowego, obok prażone jabłka ze słoika. Pyszne, lekkie, słodkie.


Zupa-krem z marchewki 

...ale nie tylko marchewki.




5 marchewek

olej
woda
imbir, kolendra, kurkuma, sambar masala, pieprz bałkański, sól
mleko kokosowe

Marchew drobno kroimy i gotujemy w wodzie z solą, wody ma być niewiele, tylko trochę nad poziom marchwi. Blendujemy długo i dokładnie na bardzo gładki krem. Doprawiamy, wlewamy mleko, gotujemy razem z 5 minut.
Zupa wychodzi słodkawa, lekko ostra z powodu imbiru i sambar masali, ale nie paląca. Jadłam podobną w grudniu w Pradze i bardzo mnie urzekła ta delikatność połączenia marchewka-kokos.
Do zupy zrobiłam razowe grzanki na oleju z pastą czosnkową ( cudne - tłuste, słone i czosnkowe) i - niesezonowe oszustwo- wrzuciłam kawałeczek avocado.
Zdjęcie było robione grubo po zmroku i nie moim aparatem ( chyba muszę jeść tylko w dzień, by zdjęcia wychodziły), ale kolor jest autentyczny. Cudowny pomarańcz w środku zimy.

No to ściskam was, i widzimy się w czwartek, bo czas mi ruszać na południe Czech, gdzie podobno plus sześć stopni. Nawiozę wegańskich pyszności i pewnie trochę wrażeń z małych czeskich miasteczek.

środa, 23 stycznia 2013

kofta indyjska


Kofta pojawiała się na blogu już kilka razy, tak jak i w moim jadłospisie pojawia się i znika.
 Proste rady - zakwasić dobrze tofu, żeby smakowało jak twaróg, a nie jak mdła fasola ( cytryną lub octem, i nie bójcie się tak tego octu - często ktoś kwestionuje przepisy, w których jest np. łyżka octu, bo będzie czuć w cieście, a nigdy nikt nie pyta czy będzie czuć cytrynę:) Nic nie czuć, tofu zyskuje po prostu miły kwaśny smak, no chyba, że chluśniecie pół szklanki.

kostka tofu 300g
1 surowa cebula
przyprawa lula kebab ( Kotanyi)
sól
łyżka octu
mąka kukurydziana

Blendujemy wszystko oprócz przypraw i mąki, formujemy małe zgrabne kulki i na olej. Mają być brązowawe z obu stron, z chrupką skórką, a miękkie w środku.


Indyjski sos pomidorowy :

500g przecieru pomidorowego
mieszkanka przypraw curry
odrobina oleju lub creamed coconut

Zamiast ryżu jedliśmy to z resztkami pęczaku i kuskusu, które miałam zamrożone z poprzednich obiadów. Podgrzałam, pomieszałam, posypałam podprażonym słonecznikiem.



***

Zima daje ostro w kość. Dużo jeżdzę pociągami, czytam w nich książki, słucham The Cure i oglądam uparcie śnieżne krajobrazy.


Warszawa Wschodnia.

Myślę nad nowymi piercingami i nad nowymi miejscami do wyjeżdżania. Na razie Česká vysočina i być może Ołomuniec. Program Czechy przynajmniej raz do roku działa - w ciągu 7 miesięcy będę w tym kraju trzeci raz i to za każdym razem w zupełnie innej części i miastach.

niedziela, 20 stycznia 2013

zimowe zupy i książki


Grzanki ze szpinakiem curry, wędzonym tofu i pastą węgierską. Miałam na nie fazę, przez dwa dni były na śniadanie i kolację. Powinnam otworzyć kawiarnię Grzankownia i takie sprzedawać, bo mam sto pomysłów na nadzienia do tostów.


Zimowa zupa nr 1, czyli grochówka z małej ilości grochu ( bo w szafce stały smutne resztki), za to z hojną ilością ziemniaków, marchwi i majeranku.


Kartoflanka ze smażonym tofu i hummus wyjadany wprost z miseczki. Wiem, że zdjęcie ciemne, ale robione wieczorem, a mam tylko paskudną energooszczędną żarówkę, która czeka aż kupię żyrandol i doczekać się nie może, bo w tym kraju nie ma ładnych żyrandoli.


Sypialniana półka na książki.


A to właśnie czytam, będzie recenzja.


Wiecie co jest najfajniejsze na świecie?
To, że myślałam, że lutowy wyjazd do Trójmiasta będzie najbliższym dłuższym, a okazuje się, że za tydzień jadę do znów do Czech na trzy dni.

piątek, 18 stycznia 2013

weganka w Warszawie - Veg Deli

Veg Deli przy ulicy Radnej 14 to otwarta dosłownie przed kilku dniami 100% roślinna restauracja. W zeszłą sobotę było huczne otwarcie, na które jednak nie poszłam, bo nie lubię pchać się w tłumie, żeby triumfalnie wyrwać jakieś darmowe próbki;) Pojechałam więc sobie specjalnie do Warszawy w swój wolny dzień, a było to z mojej strony poświęcenie, bo padał śnieg i był mróz. Ale cóż - jest zima to musi być zimno!


Za drzwiami wita nas biało-drewniane wnętrze w nieco berlińskim stylu, biały bar, antresola ze stolikami, a na dole jeden wspólny stół i miejsce przy wysokim blacie, które zajęłam, żeby wyglądać na ulicę. Nie wiem, ile jest w tej restauracji miejsc, ale pewnie nie więcej, niż dwadzieścia. Na brak klientów na razie chyba nie narzekają - w porze obiadowej, kiedy ich odwiedziłam, wciąż napływały nowe osoby.


Tytułem wstępu - to jest restauracjo-lunchownia w nowoczesnym stylu, dla wielu zapewne szokująco droga. Jedzenie jest dobre i wykwintnie podane, ale ceny europejskie. Postanowiłam nie oceniać miejsca po jednej zupie, a nie wiem kiedy znów tam będę, więc zamówiłam hurtem kilka rzeczy, by się zorientować w smakach. Wydałam dużo, równowartość 15 euro, co dla Niemców czy Anglików pewnie byłoby drobną sumą, ale dla nas nie jest - nie wyobrażam sobie wydania tej sumy podwójnie, czyli pójścia w dwie osoby, chyba że na jakąś wyjątkową rocznicę, ślubu czy czegoś podobnego. Może inni klienci nie mają z tym problemu, ale dla mnie było zbyt drogo. Szkoda, że roślinne jedzenie jest tak wysoko wyceniane.

Zupa kosztuje 12 zł, co da się przeżyć, a lunch ( zupa plus drugie) 25. Postanowiłam jednak nie brać lunchu, ponieważ na drugie danie był makaron w sosie pomidorowym, a to danie musiałoby być naprawdę kosmicznie przyrządzone, by wyrwać mnie z butów. Zdecydowałam się na żytnie kanapki z pesto z buraka, hummusem i pasztetem oraz grillowanymi warzywami.


Były przepyszne - każda pasta i pasztet miały wyraźny smak, grillowana cukinia i wstążki z marchewki oraz dressing ( chyba cytrynowy) świetnie uzupełniały się z cudownym podpieczonym żytnim pieczywem i pastami. Jedyny zgryźliwy pomysł to te zielone, nieco przywiędłe liście - nie udało mi się rozgryźć co to było, na początku myślałam, że mięta, potem że kolendra, ale chyba żadne z nich. Zjadłam ich trochę, miały dziwny smak.

 Zupa-krem z papryki to bardzo dobry wybór! Była kremowa, bardzo dobrze przyprawiona, pikantna, ale nie orientalna. Świetnie pasował do niej ocet winny, którym była skropiona. Do zupy nie mam żadnych zastrzeżeń.


Napoje są robione na bazie domowych soków - ja piłam z lawendą i imbirem. Był smaczny, delikatny, trochę za mało imbirowy. Dobry i duża szklanka, ale znów mam zastrzeżenia do ceny ( 12zł).

Chciałam spróbować ciast, ale wydawały się bardzo typowe ( czekoladowe, szarlotka), więc zdecydowałam się na creme brulee, i niestety bardzo się zawiodłam. Nie jadłam go nigdy w oryginale, ale wiem jak powinien wyglądać i czytałam przepisy. Tutaj, za 23 zł, dostajemy po prostu podgrzany tofurnik z miseczce, w dodatku nienajlepszy - zbyt mdły i słodki, z wyczuwalną nutą fasolową, czego nie lubię w tofurnikach. Creme brulee to nie sernik! Oprócz masy tofu powinien mieć na dole syrop lub jakiś słodki sos, a na wierzchu warstwę śmietanki czy kremu, np. sojowego czy owsianego.
Nie było to danie złe czy nieudane, tylko że nie było po prostu tym, czym powinno było się okazać. Wiem, że wyjdę na dziada, bo cały czas marudzę na ceny, ale 23zł za kawałek ciasta ? ( dyniowe też tyle kosztowało).


W Veg Deli na pewno umieją gotować i mają pomysły. Umieją bawić się smakami, nie idą na ilość, obsługa jest miła, a wnętrze ciekawe. Polecam na sobotni obiad czy romantyczną kolację - sprawdzi się, bo nie jest to fast foodowa jadłodajnia.
Świetnie, że powstaje coraz więcej całkowicie wegańskich miejsc.

czwartek, 17 stycznia 2013

weganka w Lublinie

No, mam trzydzieści dwa lata. Nie uważam tego za koniec młodości, ani tym bardziej za moment do ustatkowania się, zawsze robiłam prawie wyłącznie to, co mi się podobało i mam zamiar dalej żyć w podobny sposób.
Chciałabym może przeżyć ostatnią dekadę jeszcze raz, ale nie dlatego, że jej żałuję, nie - mieszkałam w wielu miejscach, poznałam świetnych ludzi, wiele widziałam, sporo zrobiłam dla siebie i innych. Chciałabym może przeżyć ją jeszcze raz inaczej, w innym miejscu, mieć znowu te dziesięć pustych lat do zapełnienia przed sobą.
Dwudzieste drugie urodziny spędzałam sama w Krakowie ( tam wtedy mieszkałam). Poszłam do kina na Monsunowe Wesele i do Momo na makaron z dynią. Była piękna pogoda jak na styczeń i w ogóle nie było mi smutno.

Trzydzieste drugie zaś...w Lublinie. Dlaczego? Bo jest to jedno z nielicznych dużych polskich miast, w których nigdy nie byłam ( teraz zostały mi już tylko Zamość i Szczecin). Bo słyszałam wiele dobrego o starym mieście, atmosferze, zabytkach pożydowskich. Bo polski bus nie zawiódł i kupiłam bilety dla dwóch osób za 6zł.

Wyprawa była hard core'owa pod względem pogodowym. Im dalej od Warszawy, tym robiło się gorzej - kiedy o dziesiątej rano zajechaliśmy na dworzec PKS w Lublinie, który okazał się rozjechanym placem pełnym kałuż, mokry śnieg już napieprzał, bo padaniem tego nazwać nie można. Pojawił się moment zwątpienia, a nawet nielogiczne pytanie Czemu ja zawsze muszę mieć urodziny w zimie?;). No, ale nic, prawdziwa podróżniczka chowa twarz w szalik, poprawia zamek w kurtce i idzie dalej.


Cała idea fotografowania miasta musiała podlec szybkim modyfikacjom, aparaty mokły, nie można było nawet rozłożyć mapy. Ale co, idziemy? Idziemy!
Poszliśmy szukać starego kirkutu i cerkwi. Strzałki były bardzo niekonkretne i szybko się zgubiliśmy, chyba weszłiśmy na nie to wzgórze.

Znaleźliśmy jednak takie oto ciekawe schody.



Próba rozłożenia mapy, zakończona niepowdzeniem - jak widzicie, jestem w spodniach. Rzadkość! Spodnie, biker boots i czapka miały chronić przed śniegiem i mrozem, ale i tak było mi chłodno, a buty w końcu przemokły. Kałuże były po kostki, trafiliśmy na roztopy.


Klasyczne zdjęcie w wąskiej uliczce. Zainteresowały mnie plakaty na murze.

Przedstawiały żydowskie rodziny.


Właziliśmy w co ciekawsze podwórka i bramy.

Stare Miasto jest takie, jakie lubię - rozległe, ale puste, nieco zaniedbane, pełne zaułków i architektonicznych niespodzianek.

Rynek.

Tu mieszkała Janina Porazińska, autorka książek dla dzieci. Jej autobiografią I w sto koni nie dogoni, w której opisuje właśnie życie w Lublinie na początku XX wieku ekscytowałam się bardzo jako dziecko.
Jak widzicie, na mojej czapce jest już jakieś pół tony śniegu, który nadal uparcie padał.


Około południa postanowliśmy się trochę wysuszyć i ukryć przed zimnem. Wcześniej prosiłam o rady, gdzie się udać czytelników na fb i wskazali kilka miejsc - jednym z nich jest Kawiarnia Kawka, ul. Okopowa 9.


Nie było tam mgły, po prostu obiektyw mi się spocił;)
Kawka to strasznie miłe miejsce. Przemyślany wystrój, świetna podłoga z szarych desek, bardzo sympatyczna pani obsługująca, tanio ( w porównaniu z Warszawą, ale i nawet z Toruniem - pyszne, gigantyczne cappuccino i wielka herbata w sumie12 zł)...i żadnych klientów. Nie wiem co jest z tym chodzeniem do kawiarń w Polsce - ludzie narzekają, że ich nie ma, że jak by były to by przesiadywali, a potem miejsca świecą pustką i często muszą kończyć działalność...

 Cappuccino-gigant, które piłam przez godzinę.

Trochę ogrzani poszliśmy dalej spacerować po centrum, podjęliśmy próbę znalezienia Tektury, zahaczyliśmy o kilka parków, obejrzeliśmy trolejbusy ( uwielbiam!), kupiliśmy czosnkowe paluszki Lubella i zimowe piwo Perła o smaku różano-bzowym, czyli lokalne specjały.

I postanowiliśmy coś zjeść...w tym celu udaliśmy się do Zielonego Talerzyka na ul. Obrońców Pokoju 23.

Nie jest to miejsce wegańskie ani nawet wegetariańskie, niestety - ale codziennie jest coś bezmięsnego do zjedzenia. Wystrój jest bardzo ciekawy i widać, że knajpa cieszy się powodzeniem - w czasie gdy tam siedzieliśmy, na obiad wstąpiło kilka grup ludzi. Ceny znowu pozytywnie nas zaskoczyły - za dwie zupy ( miso i grochowa), kapustę curry, dwie szarlotki i grzaniec z soku aroniowego zapłaciliśmy 48zł. Np.w poznańskim Kwadracie czy warszawskiej Plantacji za tę kwotę zje się o wiele mniej.
Jedzenie mnie jednak nie zachwyciło - było poprawne i nic więcej. Zupa miso zbyt delikatna, nie czuło się pasty miso ani sosu sojowego. Kapusta w indyjskich przyprawach była dobra i podobał mi się pomysł dorzucenia do niej moreli. Grochówka podobno smaczna. Szarlotka sypana przeciętna, ale porcje duże. Grzaniec z soku był smaczny i zawrotnie pachniał goździkami.

Trzeba na pewno kolejny raz wybrać się do tego miasta, najlepiej wiosną.

Kolejne kierunki - Trójmiasto w lutym, w marcu wyjazd-niespodzianka na urodziny R., a potem już przygoda wiosny czyli trasa Vilno-Riga-Tallinn-Helsinki, jeśli się uda. Oby.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...