poniedziałek, 29 lipca 2013

weganka znowu w Czechach, cz. III - Pilzno i Praga

W Pilznie, o ile to możliwe, było jeszcze goręcej, bilety dobowe miały tak idiotyczną konstrukcję, że na poważnie zastanawialiśmy się, czy nie kupiliśmy omyłkowo winietki na autostrady, a zniechęcenie upałem i podróżą ( z Czech południowych do zachodnich, nasz najdłuższy odcinek, o ile w ogóle można mówić o długich dystansach w przypadku tak małego kraju) przekładało się na marazm, ale tylko chwilowy.

Parada równości w Pradze jest organizowana pod patronatem prezydenta miasta, a kobiety na plakacie mają na palcach obrączki.

Tak wygląda w środku typowa czeska ubytovna. Polecam taki rodzaj zakwaterowania w Czechach i na Słowacji. Dwudniowy pobyt dla dwóch osób w pokoju z łazienką (często dzieloną z drugim pokojem, ale rzadko się zdarza, by w tym drugim ktoś był) kosztuje 600-850kc. Pokój siermiężny, ale jest wszystko, czego potrzeba, no i lodówka.

A tu już pilzneński rynek, który też okazał się gigantyczny. Pod poprzednim postem Ania napisała, że nie lubi, jak na rynkach są samochody, bo niszczy to estetykę starówki. Tutaj były dodatkowo tramwaje (i jeździły nie obwodnicą starówki, jak to robią np. naokoło Plant w Krakowie, tylko wzdłuż dwóch boków rynku), oraz trolejbusy. Pilzno było też pierwszym miastem na naszej trasie, gdzie panował większy tłok, turyści byli widoczni, a i atrakcji dla nich pojawiało się sporo - nic w tym dziwnego, bo Pilzno jest europejską stolicą kultury 2015, co lubi podkreślać na każdym kroku billboardami, a samo miasto ma prawie 200 tysięcy mieszkańców; metropolia jak na Czechy.

Na rynku fontanny w kształcie greckich liter. Taplałam w nich bez żenady odkryte części ciała, bo upał przyprawiał o migrenę.

Wszechobecny remont.

Czeski typ pomnika.
Pierwszy obiad w Pilznie - wegetariański bar Slunečnice przy ul. Jungmannovej. Jedzenie na wagę, za 150kc zjadłam pieczone ziemniaki, kalafior w sosie, trochę świeżych warzyw z sojonezem i wypiłam sok. Było dobre, ale trochę mało urozmaicone. Kolejnego dnia w tym samym barze był jeszcze mniejszy wybór - jako opcję wegańską proponowano...puree oraz pieczone ziemniaki. Na jednym talerzu. Zjadłam i przeżyłam.



Synagoga w Pilznie, druga co do wielkości w Europie i trzecia n świecie. Mam dystans do takich wyliczeń, bo zazwyczaj każde miasto szczyci się czymś największym, najdłuższym albo najstarszym, ale ten budynek naprawdę robi wrażenie ogromem. Wzmaga je fakt, że synagoga stoi w zwartej zabudowie, dotykając innych kamienic (co zresztą uratowało ją podczas wojny). Nie weszłam do środka, bo nie byłam odpowiednio ubrana, podziwiałam z zewnątrz ciekawą dla oka bryłę i dwie wieże w (niestety) remoncie.


W Czechach wciąż w wielu miejscach widać budki telefoniczne, czasem telefon wisi na przystanku autobusowym. Widać też korzystających z nich ludzi.


Uwielbiam malowniczość połączoną ze zgrzebnością oraz nieprzewidywalność ulic Centralnej i Południowej Europy. I nie dlatego, że nie byłam na zachodzie. Jakoś taka Holandia ze swoją identycznością otoczenia i powtarzalnością sekwencji organoleptycznych mniej mi się podobała. 



Przez Pilzno przepływa Radbuza.
Pilzneńska  restauracja Wild Rose, najdroższa i najelegantsza na naszym szlaku (obrusy, kelnerka ubrana lepiej od nas itp.) Jadłam placki z kremem z tofu, a R. gulasz seitanowy. Byliśmy jedynymi gośćmi, zastanawiam się, jak takie miejsca się utrzymują - w Czechach bardzo często cała restauracja była pusta, gdy wchodziliśmy i podczas naszego obiadu nikt się nie pojawiał.



Kolejnego dnia rozdzieliliśmy się i wybrałam się zwiedzać naszą dzielnicę już przed 9 rano. Był dzień powszedni, ale ulice zupełnie puste.

Wstąpiłam do sklepu po wodę i spośród wielu smaków oczywiście wybrałam taki, jakiego wcześniej nie widziałam, czyli kasztanowy. Ale, jak już kiedyś pisałam, nie przepadam za kasztanami, a woda okazała się po prostu cukrem rozpuszczonym w H2O.
 Wejście do wydziału filozofii. Chyba miło studiować w takim miejscu.
Zwiedziliśmy muzeum etnograficzne, gdzie pani oprowadzająca nie mogła wyjść z podziwu nad moim łamanym czeskim (któremu wiele brak, ale z wyjazdu na wyjazd jest lepiej) i Muzeum Loutek, czyli pacynek teatralnych - wielkie, interaktywne, z dość przerażającymi lalkami. Oczywiście w obu muzeach prawie nie było ludzi.

Miałam napisać o nowym wynalazku, czyli barach z sokami Mangaloo. w zeszłym roku pisałam o bubble tea, która wtedy w Polsce była drogą nowością, a w Czechach kosztowała ok. 4zł. Eksperyment herbaciany chyba w obu krajach się niezbyt przyjął - w Polsce jeszcze te bary są, ale świecą pustkami (bo herbata kosztuje w nich więcej, niż godzina pracy, więc nic dziwnego), w Czechach zniknęły zupełnie. Zastąpiło je Mangaloo, czyli bary ze świeżo wyciskanymi sokami, które po wyciśnięciu są umieszczane w swego rodzaju maszynie, a ona spienia je i zagęszcza tak, że smakują jak koktajl na mleku, mimo że są 100% roślinne.
Mój sok to ananas, jabłko i świeża mięta, ale kombinacji były setki. Koszt takiego napoju to 55kc, czyli nie super mało - ale był pyszny, gęsty i zastąpił mi śniadanie. Muszę rozejrzeć się za takimi barami w Warszawie.
Bilety powrotne mieliśmy z Pragi (o którą w fazie planowania chcieliśmy tym razem nie zahaczać, ale okazuje się, że trudno ominąć to miasto wracając do Polski), więc dzień przed odjazdem pojechaliśmy tam i spędziliśmy dobę z Anią z bloga http://krteknejimaso.blogspot.cz/, która mieszka tam od roku.

 Byliśmy wszyscy razem w Loving Hut...
...w modsowskiej knajpie, w której leciała dobra muzyka, a wnętrze było wyklejone plakatami kapel i starymi kasetami
 ...w typowej czeskiej hospodzie

...na lodach, które, po początkowym entuzjazmie i lekkim stopnieniu, okazały się za słodkie i smakowały jak marmolada.

...nad Wełtawą, gdzie podgryzały nas łabędzie



A tu hit słodyczowy wyjazdu, niestety nie czeski, ale w Czechach szeroko dostępny.


 ***

Kolejne plany na jesień już są, natomiast w przyszłym roku chcemy przejechać pociągiem Transdanubium na trasie Praga-Czarnogóra lub Praga-Bułgaria. No i nadal nie zwiedziłam północnych Czech...



3 komentarze:

  1. Podróż fantastyczna! Czechy uwielbiam, każdy wypad wspominam bardzo dobrze. Zazdroszczę straszliwie! I jeszcze ten Flapjack...
    A czerwone, stare skodziszcze jak na jednym ze zdjęć w pierwszej części relacji to był mój pierwszy samochód w życiu, kupiony od przyjaciela za 500 złotych :D Uwielbiałam go, choć obiektywnie rzecz biorąc, pewnie był straszliwym złomem :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Było mi bardzo przyjemnie Was gościć (choć na chwilkę. Mam nadzieję, że powtórzymy to niebawem :-)Czytanie Twoich relacji, to sama przyjemność, a moja mina na zdjęciu była pod obiektyw, bo spędziliśmy razem miło czas i chyba uśmiech przynajmniej mi (ten wewnętrzny i zewnętrzny)nie schodził mi z twarzy :-) Pozdrawiam serdecznie SS

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nam też było bardzo fajnie z tobą :) Nie zapomnę piwa w Ulu i gorącej dyskusji o weganizmie. Wpadnijcie do nas!

      Usuń

Kochane i kochani, bardzo proszę o podpisywanie się imieniem lub ksywą pod komentarzami. Jest ich sporo, i czułabym się lepiej wiedząc, kto pisze oraz czy kolejny/a "anonimowy" to wciąż ta sama osoba, czy może już inna. Dziękuję:)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...