piątek, 26 lipca 2013

weganka znowu w Czechach, cz. I - Pardubice i Jihlava

Wróciłam. Zmęczenie popodróżne jeszcze nie odpuszcza, pomimo snu, ale z kubkiem kawy sklecę relację z trzech pierwszych dni. Podróż była za długa, żeby wrzucić wszystko do jednego posta (pięć miast), a taki podział da przynajmniej pozory chronologii.

W Czechach było jak zwykle dużo cieplej, niż w Polsce. W ostatnich dwunastu miesiącach spędziłam tam w sumie jeden, i zawsze, bez względu na porę roku, było sporo cieplej ( w styczniu - u nas trzaskające mrozy, w Czechach plus 5, teraz - w Polsce podobno normalne lato, tam tropiki). Niebo bez jednej chmurki i pogoda w stylu klapki są zawsze odpowiednie i nie trzeba brać bluzy nawet nocą to pozornie nęcąca opcja, ale zapewniam, że po 3-4 dniach marzy się nawet nie o spadku temperatury, tylko o tym, żeby cholerne słońce choć na dwie godziny zaszło.

W podróży, ulubiony stan. Tym razem ruszyliśmy pociągiem, bo jechaliśmy do Pardubic, gdzie Polski Bus się nie zatrzymuje (poza tym mam już dość autobusów, zwłaszcza w upał). Okazuje się, że w Polsce nawet zakup biletów po 30 euro nie gwarantuje siedzącego miejsca, numery wagonów zostały zmienione i jednego z naszych miejsc wcale nie było. Poradziliśmy sobie, ale po pociągu eurocity spodziewałam się wypasów i komfortowej podróży, a tu znowu nerwówa, niewarta takiej kasy.


Pierwszego popołudnia w Pardubicach zakwaterowaliśmy się w ubytovni, w której stan dywanu wskazywał, że pamięta jeszcze czasy Przemysła Otokara II, ale przynajmniej była tania ( dwie noce za 100zł, a mieliśmy własną łazienkę; nie da się chyba taniej), i pojechaliśmy obejrzeć krematorium. Brzmi drastycznie, ale zapewniam, że takie nie jest.
W Czechach bardzo popularne jest kremowanie zwłok i wystawianie ich w urnach za takimi właśnie szklanymi ściankami. Każda taka wnęka jest indywidualnie urządzona, stoją tam, prócz urny, zdjęcia zmarłych i przedmioty, które lubili za życia. Wygląda to spokojnie, refleksyjnie, a nawet pogodnie. Sami zobaczcie, czy nie jest miło powspominać kogoś w takim miejscu?

Bycie zjedzoną przez robaki w trumnie do mnie niezbyt przemawia, kremacja natomiast tak ( choć na cmentarzu były też zwyczajne groby, więc kremacja nie jest tam jedyną możliwością).
W podróży lubię, oprócz tego wspaniałego uczucia otwarcia na możliwości i wybory, jeszcze poczucie spełniania się marzeń i planów tu i teraz. O tym krematorium wspomniała Ania na facebooku bloga chyba dwa miesiące temu. I po dwóch miesiącach się tam znalazłam, tylko dlatego, że w maju spodobało mi się kolorowe zdjęcie.



Pardubice to średniej wielkości miasto położone nad Łabą i Chrudimką. Co nas urzekło? Dużo rowerów wszędzie. Całe osiedla porządnych modernistycznych kamienic, utrzymanych w bardzo dobrej kondycji. Knajpa osiedlowa, gdzie nikt nie darł mordy, a przekrój społeczny obejmował starszych ludzi, młodzież, dzieci i niepełnosprawnych (będzie znowu, że bezrefleksyjnie zachwycam się Czechami, ale jeżdżę tam na tyle często, żeby już chyba nie mieć tylko samych powierzchownych, turystycznych wrażeń. Kultura picia alkoholu bardzo się w naszych krajach różni, niestety na niekorzyść Polski. U nas się pije głownie dla efektu alkoholowego, piwa mają więcej procent, a wszelkie piwne wyjścia generują głośne zachowanie i ogólny syf. Jest tak oczywiście nie tylko w Polsce, ale w Czechach akurat wygląda to zupełnie inaczej. Byłam nawet w typowej czeskiej mordowni, miejscu, do jakiego nie weszłabym w Polsce po prostu ze strachu...i nic. Nikt nas nie zaczepił, niczego nie chciał, pomimo że absolutnie tam nie pasowaliśmy, a w knajpie siedzieli tylko pijani stali bywalcy). Nie do pogardzenia jest też możliwość wypicia bezalkoholowego piwa w każdym miejscu, często z kija.


Wjazdu w wąskie bramy broni taki oto kołek-policjant.




Pardubicki zamek wygląda trochę jak sztucznie wykonany w technice 3D, w każdym razie mnie nie powalił.

Nad Łabą. Zaskoczyło mnie, że taka duża i znana rzeka, o której każdy słyszał, idzie sobie po prostu przez miasto wśród bloków. Nie ma bulwaru, wybetonowanych brzegów, schodów do wody itp. Jest w tym coś swojskiego i sympatycznego, że ludzie po prostu wychodzą z domu wprost nad wodę czy wyprowadzić psa, nie musząc przeciskać się pomiędzy milionem kawiarenek i parasoli - a z drugiej strony każde znane mi miasto w Polsce, mające rzekę, próbowało coś na niej turystycznie ugrać, zagospodarować nabrzeże i tak dalej. Tu tego nie widać, przynajmniej nie w mniejszych miastach.



A teraz krótka przerwa na zdjęcia żarcia - misie z pektyną.

W Pardubicach są, jak wszędzie, sklepy ze zdrową żywnością, ale restauracja tylko jedna, w dodatku...czynna do 15.30. Podróżuję sporo i tylko w Czechach napotykam ideę zamykania miejsc z jedzeniem i sklepów tak wcześnie oraz nieotwierania ich w niedziele, a czasem nawet w soboty. Popieram krótki dzień pracy i nie jestem zdania, że wszystko powinno być otwarte do 23, kosztem życia osobistego pracowników, ale 15.30 to trochę wcześnie;) W każdym razie pierwszego dnia do owej restauracji nie udało nam się zdążyć i jedliśmy w tzw. asijskim bistro, czyli po prostu chińskim barze. Tanie, dobre tofu z warzywami i ryżem, na które czekaliśmy może pięć minut.

Trochę słodyczy i tusz Alverde z drogerii DM, który kosztował 99 koron, a starczy mi na długo z moją częstotliwością malowania oczu.

Trzeciego dnia przyjechaliśmy do Jihlavy na Czeskiej Vysočinie. Czeskie godziny otwarcia znów się na nas zemściły, bo okazało się, że pensjonat, w którym mamy nocować, ma w ciągu dnia dwugodzinną przerwę, kiedy nikogo w nim nie ma i nie można się zameldować. Miasto okazało się położone na morderczych wzgórzach, wszędzie było ostro pod górę, plecaki, upał. Postanowiliśmy doczekać otwarcia pensjonatu na trawie nad rzeczką Jihlavką w towarzystwie browara, ale ogólne zniechęcenie przebijające z mojej twarzy świadczy o tym, że po Jihlavie nie spodziewałam się zbyt wiele dobrego. Na szczęście się myliłam. 

Tak jak u nas popularne są (choć coraz mniej) stare polonezy i duże fiaty, tak w Czechach wiele osób jeździ starym typem Skody, kiedyś u nas również bardzo lubianym. 


 Na głównym placu, czyli Masarykovo Náměstí, znienacka ukazał się naszym oczom targ z warzywami i chińskim shitem, a na nim nieco przerażające manekiny bez głów.


 

Maślanka truskawkowa, moja miłość.

Kolejne identyczne prawie tofu, bo Jihlava barem wege pochwalić się nie może ( za to dobrze zaopatrzonym sklepem owszem).




7 komentarzy:

  1. Super, też byliśmy w Pardubicach, ale w czerwcu w zeszłym roku, było cholernie zimno ;) Cieszę się, że używasz czeskiej nazwy "Jihlava", a nie dziwacznej polskiej "Igławy" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałam, że wywodzenie nazwy Jihlava od słowa "jehla" = igła jest w ogóle nieprawidłowe etymologicznie, bo chodzi o to, że to miasto znajduje się na południu Czech - Jižní Čechy, kraj Jihocesky, więc nie ma to nic wspólnego z igłą, która nawet nie nazywa się "jihla", tylko ze słowem "jih". Ciekawe, czemu tak to na polski dziwnie tłumaczą...Niemcy mówią Iglau, ale oni po prostu zniemczają lokalne nazwy zachowując podobne brzmienie.

      Usuń
    2. Heh, Niemcy to zniemczają lokalne nazwy, bo w krajach słowiańskich nic nie są w stanie wymówić. ;) No i to, że większość tych terenów znajdowała się kiedyś w Niemczech/Austrii nie jest też bez znaczenia. ;)

      A co do pociągu Eurocity to jestem niemile zaskoczona, mój Berlin-Gdynia-Express i Berlin-Warszawa-Express zawsze były bez zarzutu. Ale jechałam nimi tylko dwa razy, więc nie wiadomo, co się dzieje, jak nimi nie jeżdżę. xD

      Usuń
  2. O, Pardubice fajnie wyglądają na Twoich zdjęciach:-)) Zwłaszcza cmentarz z urnami! Ze dwa lata temu czytałam, a teraz słuchałam audiobooka "Zrób sobie raj" Mariusza Szczygła. Bardzo fajna książka, napisana przez czechofila, za jakiego uważa się (i jakim chyba naprawdę jest) Szczygieł. Po przeczytaniu zrozumiałam i zaakceptowałam wiele dziwactw, którym ulegają Czesi. Książka zachęca do odwiedzenia i polubienia Czech, wyjaśnia rozmaite "inności" i naprawdę fajnie się ją czyta. Oprócz tej wysłuchałam jeszcze (może wyjaśnię - wolę książki CZYTAĆ, ale w podróży samochodem audiobooki sprawdzają się naprawdę świetnie) "Gottland" tego samego autora, który fajnie opisuje i interpretuje historię Czechosłowacji oraz Czech w XX wieku.

    Jeśli nie czytałaś - znajdź i przeczytaj lub wysłuchaj, naprawdę warto. Zwłaszcza, że widać, że lubisz jeździć do Czech i coraz lepiej je rozumiesz...

    Czekam na dalszy ciąg relacji:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie czytam "Zrób sobie raj", faktycznie bardzo potoczyście napisane.

      Usuń
  3. Bazarek rynkowy to klasa sama w sobie, zwłaszcza te stragany w niebiesko-białe prążki pod kościołem:) Jihlava mi się do tej pory kojarzyła wyłącznie z jesiennym festiwalem filmowych dokumentów, na który planuję się wybrać w tym roku i właśnie zastanawiałam się czy da się tam gdzieś budżetowo zatrzymać w razie gdyby couchsurfing nie wypalił -co to był za pensjonat jeśli mogę zapytać?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Penzion Atlet, ul. Mlynska 2. Ale tam nie jest tanio (choć warunki bardzo dobre). Zatrzymaliśmy się tam, bo nie było miejsca w żadnej ubytovni. Może dlatego, że to lato. Poszukaj jednak po ubytovnach przede wszystkim - bo oszczędność będzie spora. Jest ich tam kilka.

      Usuń

Kochane i kochani, bardzo proszę o podpisywanie się imieniem lub ksywą pod komentarzami. Jest ich sporo, i czułabym się lepiej wiedząc, kto pisze oraz czy kolejny/a "anonimowy" to wciąż ta sama osoba, czy może już inna. Dziękuję:)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...