czwartek, 29 listopada 2012

czwartek z byle czym vol. 9 - picture an hour

Picture an hour to stara blogowa zabawa, polegająca na dokumentowaniu co się dzieje u piszącego co godzinę lub przynajmniej dość często, łącznie ze zdjęciem i opisem co i jak.
Jako że nie chciałam przegapić czwartku z byle czym, wybrałam sobie czwartek, a w tym tygodniu jest to jedyny dzień, kiedy mogłam nie wychodzić z domu, i skorzystałam skwapliwie z tej możliwości. Relacja będzie więc nudna, bo głównie gotowałam i jadłam - no, ale o tym jest ten blog.


8.00 - trzeba wstawać, choć za oknem wilgoć i zimnica.


9.00 - wyskrobane z dna pudełka resztki kawy i klasycznie patrzymy co na blogach i forach.


Lenistwo przy stole.


10.00 - śniadanie.


11.00 - przekąska, zgodnie z zasadą dzień bez słodyczy dniem straconym.


12.10 - zaczynam robić kruche ciasto na budyniowo-pigwową szarlotkę.



14.00 - totalny rozpierdol systemu w kuchni! Szarlotka się piecze, a ja robię jednocześnie zacierki do zupy dziadowskiej i łazanki z kapustą.


Zupa gotowa. Świetna!


Szarlotka też.


18.00 - łazanki dla zmęczonego pracą.


20.00 - islandzki kryminał, "Law Abiding Citizen"na komputerze" ( co za niedorzeczny film) i facebook.





21.00 - wydruk materiałów dla uczniów na piątek i sobotę.


I kąpiel na miłe zakończenie dnia. Dobranoc!

wtorek, 27 listopada 2012

rosół, bo zimno


Zimno zimno, szaro buro, w przejściu podziemnym pan gra na akordeonie "Serduszko puka...", wsuwam tutku i czekoladę miętową, generalnie wciąż jem...na wczesny obiad był rosół, zawierający wszystko, co zwykły rosół zawiera, z wyjątkiem trucheł. Wieczorem kotlety sojowe w cieście kukurydziano-serowym ( magiczny wegański proszek serowy z Anglii!) i góra pieczonych ziemniaków.
A teraz filmy, teraz książki, teraz odpoczynek, bo jutro znów robota.

niedziela, 25 listopada 2012

krem z pieczonego kalafiora


Dziś rano postanowiliśmy zjeść dużo przed wyjściem na dość długi spacer (6km). Od kilku dni świeży kalafior czekał w lodówce na wolną chwilę, postanowiłam więc zrealizować przepis na zupę według  Jadłonomii



1 kalafior
olej
sól, pieprz czarny, kmin rzymski, czosnek
1/4szklanki tahiny
solone nerkowce
gomasio

Kalafior podzielić na różyczki i upiec na blasze z solą i olejem. Piec 30 minut, po tym czasie rzucić na olej z kminem, zalać wodą i gotować 10 minut. Zmiksować na krem, dodać tahiny,soli i pieprzu, zagotować, doprawić czosnkiem. Na talerzu dekorować dowolnymi orzechami, ja dodatkowo posypałam gomasio.

Z małego kalafiora wychodzą trzy talerze. Zapycha!


A w lesie pusto, wilgotno, szaro, polska jesień. Brakuje tylko psa.

Teraz marcepany o smaku mocca, świeżo mielona kawa "indyjski bazar" i szwedzkie kryminały z taniego antykwariatu na Dworcu Gdańskim...

piątek, 23 listopada 2012

cuda z Paryża

Od razu się człowiek czuje bardziej światowy, pisząc taki tytuł notki:)


W ramach pocieszenia jesiennego moje koleżanka Majka, która przebywa obecnie w Paryżu, przysłała mi kopertę wypchaną wegańskimi zastępnikami znanych batonów typu mars, snickers i tak dalej, pokrytych ryżową czekoladą. Jakie to jest pyszne! I bardzo słodkie. Dzielę się sprawiedliwie z R., który nie przepuści żadnemu i będąc zamkniętym w sypialni słyszy, że w drugim pokoju odwijam papierek.

Spójrzcie też, jaka śliczna czarno-biała pocztówka z widokiem na Paryż! Nie byłam tam od piętnastu lat, trzeba się w końcu wybrać.

Dziękuję, Majka.

czwartek, 22 listopada 2012

czwartek z byle czym vol.8


Dziś trochę inaczej, bo o książkach, ale i szerzej - o kulcie urody, kanonach piękna i przymusie społecznym. Do podjęcia tematu skłoniło mnie zainteresowanie własne, bo od lat siedzę w feminizmie i pisałam nawet pracę magisterską o wzorcach kobiecości w kulturze japońskiej, ale i chęć dyskusji o tym, jak bardzo kultura i społeczeństwo wciskają nam pewne wzorce wyglądu i zachowania, opakowując je tak ładnie, że kupujemy je i gładko przełykamy, myśląc, że to naturalne.

Książki, o których dziś chciałabym napisać, to "Mistyka kobiecości" Betty Friedan, czyli amerykańskie dzieło z 1963 roku, książka-prekursorka drugiej fali feminizmu ( która to fala właściwie ominęła Polskę) i "Nasza ciała, nasze życie", praca zbiorowa dotycząca zdrowia, praw i sytuacji kobiet w wielu krajach.




 

Obie ostatnio czytam i mam trochę refleksji na temat podejścia do tzw. kobiecości.
Zdarzyło mi się prowadzić kilka lat temu warsztaty o stosunku kobiet do własnego ciała. W wielkim skrócie - nazywały się "Czy jesteśmy lalkami? Społeczne ramy kobiecego ciała". Dyskutowałyśmy o wizerunku kobiecości w naszej kulturze, o wymaganiach, o postrzeganiu samych siebie, po czym uczestniczki przerabiały lalki barbie tak, jak miały ochotę, do dyspozycji były materiały, kleje, flamastry, nożyczki itp. Dziewczyny poszły na całość - zmywały nierealnej barbie makijaż, doklejały jej włosy pod pachami, zdarzała się barbie pogrubiona plasteliną w pasie czy barbie-inwalidka z obciętą nogą. Do tej pory czasem oglądam zdjęcia i wspominam fajnie ten wspólny czas w dziewczyńskim gronie. Ale ważniejsza od rozprawienia się z ideałem lalki była rozmowa. Mówiłyśmy o tym, jaki jest obowiązujący wizerunek urody w naszym polskim społeczeństwie, co ładna dziewczyna musi mieć, czego nie może. Z dyskusji wyszedł trochę dysonans poznawczy, z którego zresztą uczestniczki zdawały sobie sprawę - uskarżały się na pewne wymogi kulturowe, typu wymóg szczupłości, długich włosów itp., jednocześnie mówiąc, że włosy u kobiet na nogach czy pod pachami są brzydkie, nienaturalne. Gadałyśmy trochę o tym, że nic nie jest obiektywnie brzydkie, bo kanony są różne w różnych kulturach, a to, że nam się coś brzydkie wydaje, to kwestia wyłącznie wychowania i internalizacji pewnych wzorców. Podwójny standard ( facet może mieć włosy i to jest fajne, dziewczyna nigdy) przyjmujemy za naturalny.

Ilekroć o tym myślę, tylekroć zasmuca mnie, że kanony piękności są nam w obecnych czasach tak wrogie. Nie tylko w naszej kulturze oczywiście, bo wszyscy znamy przykłady krępowania stóp w dawnych Chinach, obrzezania kobiet w niektórych krajach Afryki, wybielania skóry w Azji i tak dalej. Ale to, co nas dotyczy tutaj i teraz też jest krzywdą, którą robimy same sobie i którą robimy innym kobietom. Ta krzywda to brak akceptacji dla inności i dostosowywanie siebie do wyśrubowanych coraz bardziej standardów urody, kosztem zadręczania się, zaburzeń odżywiania, braku samoakceptacji, kosztem długich godzin na bezsensowne zabiegi, które zaraz i tak trzeba ponawiać.

Dlaczego mężczyzna nie ma od dzieciństwa wpajane, że jest za gruby, za niski, ma jakąś część ciała za dużą lub za małą? Dlaczego idąc na piwo z kolegami nie zastanawia się, czy przypadkiem nie będzie wśród nich najgrubszy lub najgorzej ubrany? Dlaczego jego dbanie o siebie implikuje założenie spodni, koszulki i ewentualne przetarcie się pod pachą dezodorantem, i już jest gotowy do wyjścia, i nic więcej się od niego nie wymaga? Dlaczego to nasze, kobiece ciała są polem walki, dlaczego to my musimy wyrywać włosy, skubać brwi, wciskać się w niewygodne staniki push up, nawadniać suchą skórę, malować powieki, paznokcie, włosy, usta? Dlaczego nasze ciało w stanie surowym jest nieakceptowalne, a męskie jak najbardziej?
Odpowiedzią jest chyba strach przed siłą kobiecości i kobietą jako taką. W wielu kulturach kobieta uchodziła i uchodzi za istotę inną, dziwną, nieczystą, gorszą, poddaną. Jest zaprzeczeniem tego, co męskie, a więc jest istotą mniej wartościową, zaskakującą, wręcz wrogą. Jej ciało, które potrafi to, czego ciało męskie nie potrafi - rodzić dzieci, wydzielać krew miesięczną - jest nieczyste, brudne, grzeszne, wodzi na pokuszenie. Trzeba je więc zmieniać, kształtować, tak by ukryć jego naturalność i sprawić, że będzie podobało się mężczyźnie.






Feminizm to oczywiście nie jest walka tylko o ciało, walka z kanonami piękna i z przymusem bycia atrakcyjną, to coś znaczenie więcej. Książki, które pokazuję, dotyczą przede wszystkim miejsca kobiety w kulturze i społeczeństwie, definiowania jej poprzez narzuconą odgórnie kategorię kobiecości, przypisywanie jej i oczekiwanie od niej cech, których wcale nie musi chcieć przejawiać - uległości, opiekuńczości, łagodności, poświęcenia, empatii. Nie wszystkie takie jesteśmy, nie zawsze chcemy takie być. Nie można tworzyć świata na zasadzie dychotomii męskie-kobiece ( wszystkie te idiotyczne "mężczyźni z marsa i kobiety skądś tam" o dupę można potłuc), to archaizm. Jesteśmy ludźmi i jesteśmy różni. Nie muszę być zawsze miła i uśmiechnięta, bo jestem kobietą. Mój partner nie musi być zawsze decyzyjny, silny i opanowany, bo jest mężczyzną. Nie możemy pozwolić wymagać od siebie rzeczy i zachowań,które wybitnie nam nie odpowiadają, tylko dlatego, że przynależą do naszej roli społecznej.

Ale nie wszystko jest takie proste. Nawet mając świadomość pewnych mechanizmów, podlegamy ocenie innych i własnej i automatycznie ( niestety) inkorporujemy sobie pewne wzorce do własnego życia, przyjmując jako własne. Na moim przykładzie - wiele rzeczy absolutnie mi zwisa i mnie nie dotyczy, nie wyrywam brwi, nie interesuję się modą, a gadanie o kosmetykach jest dla mnie karą za grzechy, zresztą niewiele mam o nich do powiedzenia. Nie dbam o włosy, nie przejmuję się początkami zmarszczek mimicznych, nie tuszuję niczego niczym, bo po co? Wszyscy będziemy starzy. Nie chcę udawać, że mam 18 lat. Lubię moją twarz taką, jaką jest, nie będę jej maskować podkładem, pudrem, różem. Mam taką przypadłość, że wszystko na mnie wygląda na nieuprasowane, sprute, krzywe, nawet jeśli jest nowe i świeże. Nie przeszkadza mi to. Nienawidzę terminu dbać o siebie. Zadbany człowiek jest czysty i umyty, i tyle. Nie musi mieć makijażu, depilacji tyłka, pięciu kremów na rozstępy i nie musi udawać, że nie ma nigdy okresu i nigdy nie musi iść do toalety.
Bądźmy dla siebie samych dobre, dziewczyny, nie katujmy się bezsensownie, nie kupujmy milionów kosmetyków w plastikach. Bądźmy sprawiedliwe dla innych. Nie obgadujmy, że gruba, że brzydka, że lepiej by wyglądała z makijażem czy bez okularów ( wszystkie te komentarze słyszałam na swój temat od, wydawałoby się, fajnych, myślących dziewczyn). Nie pracujmy nad swoim ciałem, jakby to było pole do codziennego obrobienia, myśląc tylko o tym. Nie ma nic złego w ciuchach, farbowaniu włosów, perfumach, ale a) dajmy żyć tym, które tego nie robią, b) nie czyńmy z tego centrum zainteresowania i głównego tematu rozmowy.
Ostatnio byłam na hot-dogu z czytelniczką bloga ( pozdrawiam, Agnieszko) i miła godzina upłynęła nam na tematach kompletnie nie związanych z naszym czy niczyim wyglądem. I tak chyba powinno być, bo ileż można, że chyba sobie pofarbuję włosy, a widziałaś, jaką Kaśka miała spódnicę, a jak ktoś tam przytył czy schudł, a jaki tusz kupiłaś?

Każde ciało kobiece to historia walki o jakiś nierealny wizerunek, który mamy w głowie, i to jest straszne. Rozmawiając z dziewczynami słyszę historie o braku akceptacji otoczenia lub własnej, o ogromnych kompleksach, dietach, głodzeniu się. Ja też przeżyłam lata, w których wydawało mi się, że muszę ważyć z 50kg, bo przy moim wzroście tak trzeba. Udało mi się utrzymać tę wagę, ale kosztem ciągłego myślenia o jedzeniu i swoim ciele. W końcu doszłam do wniosku, że nie warto. Jestem dla siebie dobra - dobrze jem, czytam sobie książki w wannie z pianą, noszę ciuchy, które lubię i buty, które nie wykręcają stóp. Zdystansowałam się od opinii innych osób, bo są one tylko...ich opiniami. Czasem bolą, ale już rzadko. Grunt, że ja nie widzę w lustrze potwora, bo lubię to, co widzę, grunt, że mój facet uważa mnie za ładną.

Na koniec dwa cytaty z pokazanych tu książek :

"Kobiecość to mit i mrzonka, a pogoń za nią jest dla wielu kobiet niszcząca. Nie istnieje nic takiego jak kobieca natura - niezmienny w czasie, uniwersalny trzon osobowości, który sprawia, że czujemy się spełnione wyłącznie w roli opiekunek. Istnieje natomiast potężna kulturowa maszyneria, która ową naturę sztucznie produkuje i wciska kobietom jako przeznaczenie. Rzesze ekspertów od kobiecości pouczają nas, jak to przeznaczenie realizować, a jeśli temu zadaniu nie podołamy lub jeśli je odrzucimy, wybierając inną drogę, nazywają nas neurotyczkami, wmawiają zazdrość o penisa, każą się leczyć".

(Betty Friedan, Mistyka kobiecości, Warszawa 2012).

"Wyobraźcie sobie, co by było, gdybyśmy całą energię, jaką zużywamy, próbując dostosować się do obowiązujących w społeczeństwie standardów piękna, skierowały gdzie indziej. Ileż innych rzeczy mogłybyśmy robić z naszym czasem. Naszymi pieniędzmi. Naszą energią."

( "Nasze ciała, nasze życie. red. Małgorzata Tarasiewicz, Gdańsk 2004).




Na koniec jedzenie, bo nie ma dnia bez obiadu.

środa, 21 listopada 2012

a w listopadzie jada się...


Tzw. białą pizzę ( bez sosu pomidorowego), za to z świeżym szpinakiem, cukinią, papryką, pomidorem i oliwkami.


Tosty graham z hummusem i liściem świeżego szpinaku.


Robi się też domowe mleko w czeskiej maszynie.

poniedziałek, 19 listopada 2012

tofurnik dwusmakowy i piosenka na poniedziałek


Właśnie bardzo zdenerwowała mnie uczennica, która obudziła mnie smsem odwołującym lekcję...o 6.30. Mam taką przypadłość, że jak się obudzę na dłużej, niż chwilę, np. żeby coś przeczytać, porozmawiać, to już nie zasnę, nawet jeśli to trzecia w nocy, albo przynajmniej męczę się ze dwie godziny zanim usnę ponownie.Znam swój organizm, więc zamiast leżeć bez sensu przez cały poranek, wstałam i zrobiłam kawę. A co jest najlepsze do kawy? Tofurnik.

Producent stropów Teriva mnie nie sponsoruje, nie wiem, skąd mam taki talerz:)

Przepisów na tofurnik jest sporo, i tu na blogu też było parę - z rodzynkami, z brzoskwiniami, dyniowy. Teraz pora na najlepszy - dwusmakowy, czyli orzech-kokos.

Spód : szklanka mąki, 4 łyżki kakao, 4łyżki oleju, wody tyle żeby było zwięzłe ciasto, łyżka cukru.

Masa orzechowa : kostka tofu ( najlepiej silken, u mnie tofu od Wietnamczyków), sok z 1 cytryny, 3 łyżki brązowego cukru, 3 łyżki masła orzechowego, łyżeczka proszku, zapach waniliowy, ewentualnie chlust mleka roślinnego.

Masa kokosowa : kostka tofu, sok z 1 cytryny, szklanka wiórków kokosowych ( bardzo drobnych), 3 łyżki brązowego cukru, 2 łyżki creamed coconut lub oleju kokosowego, pół łyżeczki proszku, ewentualnie odrobina mleka lub oleju, jeśli masa za sucha.

Masy blendujemy i wykładamy na spód. Kolorystycznie niestety prawie się nie różnią, ale smakiem bardzo.

Wierzch : polewa instant o smaku ciemnej czekolady Delecta.

A oto piosenka na poniedziałek, którą znalazł dla mnie Rafał.



I don't eat no meat, no dairy, no sweets
only ripe vegetables, fresh fruit and whole wheat
I'm from the old school, my household smell like soul food, bro
curried falafel, barbecued tofu
no fish though, no candy bars, no cigarettes
only ganja and fresh-squeezed juice from oranges
exercising daily to stay healthy
and I rarely drink water out the tap, cause it's filthy


 Jedyne, co mi zgrzyta, to fragment o paleniu marihuany, bo nie palę i używek nie pochwalam w ogóle.

***

News z ostatniej chwili : w Biedronce są wegańskie chocolate chips ( na opakowaniu napis "czekoladowe kropelki"), niemieckie, firmy Ruf. Dobre do ciast i ciastek, bo nie rozpuszczają się jak pokrojona czekolada.

piątek, 16 listopada 2012

na mglisty piątek - makaron z warzywami i babeczki

Pisałam kiedyś o tym, że w makaronie z warzywami najbardziej wkurza mnie, kiedy jest mało warzyw. Przewaga makaronu, zwłaszcza gdy jest suchy, bez sosu, bez smaku, sprawia, że takie danie odrzuca, bo ile można grzebać widelcem w kopie nitek czy kolanek w poszukiwaniu ziarnka fasoli czy samotnego kawałka marchewki? Moja idea jest więc taka, że, po pierwsze, nie żałujemy warzyw, a po drugie - dbamy o to, by był sos, a przynajmniej by masa makaronowa nie pokryta warzywami miała smak, zapach, była wyraźna i bardziej tłusta/mokra, niż sucha. Dość kiepskich makaronów, które są tak suche, że się nawet nie chce ich dokończyć!


Mój wytwór wygląda jak przypadkowy bałagan, ale jest mistrzem smaku. Kto spróbuje, nie pożałuje.

1 brokuł ( 500g)
200g świeżych liści szpinaku
100g pieczarek
1 cebula
1 papryczka chili bez pestek
300g makaronu spaghetti
5 łyżek tahiny, 2 łyżki soku z cytryny, czosnek granulowany, olej, sól, papryka wędzona, aidżwan, pieprz bałkański, pieprz czarny

Brokuła kroimy dość drobno i gotujemy w wodzie z odrobiną soli. Na patelni podsmażamy cebulę, pieczarki, chili, zasypujemy przyprawami, po czym, gdy zmiękną, wrzucamy liście szpinaku i podsmażamy do ich redukcji. Odstawiamy z ognia.
Robimy sos sezamowy : tahinę, wodę, sok z cytryny, czosnek i sól blendujemy na pastę przypominającą gęsty majonez.
Gotujemy makaron al dente, bez soli. Odlewamy i wrzucamy go na łyżkę oleju w dużym garnku, a następnie dorzucamy do niego pozostałe składniki, na końcu sos. Chwilę razem podgrzewamy dla przegryzienia smaków.

Jadłam to danie z kukurydzą, ale moim zdaniem robi się z jej udziałem zbyt słodkie. Natomiast połączenie szpinak plus sezam to para idealna ( choć, jak wiemy, nie ma idealnych par).


BABECZKI BANANOWE Z KOKOSEM W CZEKOLADZIE

Te babeczki to efekt zachwytu nad książką "Vegan cupcakes" plus moja imaginacja. Na pewno warto na podstawie tej książki piec bazy ciastowe dla babeczek, bo wychodzą pyszne jak rzadko - miękkie, słodkie, napowietrzone i pełne smaku. Kremy i dodatki wołają natomiast o margarynę wegańską, do której nie mam na co dzień dostępu. Połączyłam więc bazę do banana cupcake z własną wariacją na temat toasted coconut.

Dodam jeszcze, że nie jem bananów ani w ogóle cytrusów latem, chyba że je znajdę, i ogólnie mam mieszane uczucia co do owoców, które płyną do Europy tysiące mil. Latem jest wiele innych rzeczy do jedzenia. Denerwuje mnie, że w oczach wielu osób banan uchodzi za najlepszy, najsmaczniejszy owoc, idealny dla dzieci, bo prosto obrać, bo bez pestek, idealny na wycieczkę, bo nie brudzi, i tak dalej. To jednak jeden z najbardziej słodkich i kalorycznych owoców, a w Polsce mamy taki urodzaj pyszności latem, że naprawdę wstyd obżerać się non stop bananami. Teraz, zimą, jest trochę inaczej - u mnie pod blokiem mogę dostać tylko jabłka, gruszki, grapefruity i właśnie banany. Kupiłam dwa i jeden zużyłam do babeczek.

1 banan ( robimy puree)
1 1/4 szklanki mąki
3/4szklanki cukru ( spokojnie można zmniejszyć)
1/3 szklanki oleju rzepakowego
2/3 szklanki mleka roślinnego
zapach śmietankowy
1/4 łyzeczki sody
łyżeczka proszku
szczypta soli

Blendujemy, pieczemy 20 minut. Pomimo tylko jednego banana, smak jest bardzo bananowy, zapach też.

Kokos w czekoladzie : prażymy wiórki na suchej patelni na złoto, dorzucamy 3 łyżki mleka, 3 łyżki kakao, odrobinę syropu z agawy lub klonowego, łyżkę trzcinowego cukru i uparcie mieszamy przez kilka minut. Słodką masą dekorujemy wystudzone babeczki. Ale powiem wam, że taki kokos jest pyszny po prostu do wyjadania łyżką.


Kawa z mlekiem sojowym domowej roboty ubijanym tym małym ustrojstwem na baterie. Ubijacz dalej radę i jest tani, niestety mleko z soymilk makera rozwarstwia się w kawie i nie wiem, co począć.

czwartek, 15 listopada 2012

czwartek z byle czym vol.7

Jest 10.52, a ja przeżyłam już ulatnianie się gazu, wizytę pogotowia gazowego i kłótnię z chłopakiem, bardzo boli mnie głowa, więc pozwólcie, że czwartek z byle czym będzie obrazkowy.


Pisałam wam kiedyś, że lubię wracać do książek z dzieciństwa i przepuszczać je przez walec swojej obecnej percepcji rzeczywistości. Zazwyczaj, pomimo uroku, trochę mnie wkurzają, zwłaszcza podejście do kobiet i wychowywania dzieci ( silny, milczący, często bijący ojciec, który nie rozmawia z nikim w domu i nie umie po sobie umyć szklanki itp.). Ostatnio skupuję po kilka złotych na allegro książki, które miałam, ale zaginęły na przepastnym strychu rodziców, bądź takie, których nigdy nie czytałam - właśnie "Długi deszczowy tydzień". Dobra książka na zły czwartek. Do tego kawa i środki na ból głowy.


Bułki fińskie i ciabatta z twarożkiem z tofu, rzodkiewek, cebuli, szczypioru i oliwek.


Alu patra, hinduska rolada ziemniaczano-kokosowa, na którą przepis zamieszczałam w zeszły,m roku. Im zimniej, tym bardziej hindusko w kuchni. W tym tygodniu planuję jeszcze sambar.

Nadchodzi czas oszczędności, bo w grudniu święta, wyjazd do Czech i być może zakup gigantycznej kanapy. Pieniądze na listopad już właściwie się skończyły, więc akcja a co tam mamy w szafce zapomnianego? trwa...


Wczoraj otrzymałam zamówioną koszulkę Koalicji Antyfutro. Zachęcam do zamawiania, koszulki są ładne, porządnie wykonane, a dochód idzie na walkę z przemysłem futrzarskim.
Na zdjęciu mam na sobie damską XL-kę, bo lubię mieć luz, ale oczywiście dostępne jest wiele innych rozmiarów i kolorów. Koszulka kosztuje 30zł, są też bluzy przeciwko chowowi przemysłowemu za 90zł i torby z lisem za 15zł.
Mail do zamawiania to : antyfutro@yahoo.com.

Pamiętajcie też o ogólnopolskiej demonstracji Odsyłamy Futro do Historii - 24 listopada, Warszawa.

http://www.facebook.com/events/303192256462600/?ref=ts&fref=ts

środa, 14 listopada 2012

poranki są najlepsze

Ze spraw mniej przyjemnych, z przykrością zawiadamiam, że od teraz proszę o podpisywanie się imieniem lub ksywą pod komentarzami. Można nadal komentować anonimowo bez przepisywania literek, ale i nad taką zmianą się zastanawiam, jeśli sytuacja się nie zmieni.
Nie boję się krytyki ani uwag, bywały tu różne dyskusje, także z nierozumiejącymi idei weganizmu, ale rozmowa polega na wymianie zdań i z definicji swej nie powinna spadać poniżej pewnego poziomu. Skoro ja sama boję się wejść na własnego bloga, to chyba nie jest dobrze...
Otwierając się trochę bardziej, niż niektóre inne blogi, pisząc o czymś więcej, niż przepisy, liczę się z tym, że może być zainteresowanie, pytania, także te wykraczające poza dopuszczalne normy kontaktu międzyludzkiego. Nie mam nic przeciwko uwagom, że czyimś zdaniem potrawa mi nie wyszła albo pytaniom, co lubię, jaka jestem. Odpowiadam, czasem obszernie, czasem krótko. Natomiast nie potrafię zrozumieć chamskich komentarzy z wulgaryzmami, wyzwisk, pastwienia się nad moim wyglądem, związkiem, planami, poglądami. Nie umiem sobie wyobrazić, kim trzeba być, by z lubością pisać komuś takie uwagi - czytam różne blogi, nie tylko kulinarne. Jeśli mnie ktoś nudzi bądź wkurza, to nie wchodzę, ale nie miałabym satysfakcji pisząc "aleś ty gruba", "weź się do roboty". Żeby sprowokować mój negatywny komentarz , ktoś musiałby chyba zamieścić, nie wiem, porno ze zwierzętami albo jarać się scenami z rzeźni.


Środowe śniadanie.


Kilka dni temu koleżanka przywiozła mi z Indii piękny salwar kameez. Wyglądam profesjonalnie, niestety na zdjęciu widać tylko zdobienie górnej części bluzy. Spodnie też są czerwono-złote. Dostaliśmy też przyprawę do alu parathy.

piątek, 9 listopada 2012

jesienna i piątkowa deprecha

Na depresję ( bo zimno, ciemno, szaro, bezsłonecznie, mokro, źle i mało warzyw) idealne są ciepłe, ostro przyprawione wegańskie potrawy. Walimy wszędzie cebulę, czosnek, chili, paprykę wędzoną, pieprze różnorakie.


Ogniste żeberka sojowe ( w przyprawie do ognistych skrzydełek Kamis), pieczone z wędzoną papryką ziemniaki prosto z piekarnika, żurawina, sałatka.


Rozgrzewająca masa przypraw na jesień, które właśnie dziś przybyły. Sambar masala, aidżwan, pieprz bałkański ( który nie jest pieprzem tylko mieszanką przypraw), sól czarna ( jajeczna) i kawa o smaku chałwy.


Zakupy z Rossmanna - masło orzechowe w promocji, mój ulubiony pasztet z czarnych oliwek, waniliowy balsam do ust Flos-Lek i dezodorant z ałunem.


Fasolka po bretońsku w wersji vegan...


...i paszteciki francuskie ze smażonymi pieczarkami.

Głowa do góry, już za pół roku będzie ładna pogoda!

czwartek, 8 listopada 2012

czwartek z byle czym vol.6

Po pierwsze, czy słyszeliście/czytaliście już o akcji 269? Jeśli nie, polecam stronę - http://www.269life.com/index.php?p=about. Branding, czyli wypalenie lub wytatuowanie sobie tego numeru może budzić zdziwienie, wstręt, strach - spotkałam się z różnymi reakcjami, łącznie z taką, że to dla szpanu. Ale pomyślcie, że setki tysięcy cieląt ma taki numer wypalany każdego dnia, i jakoś nikogo to nie drażni i nie dziwi.

Akcja tatuowania numeru nie jest lansem, a przynajmniej nie spotkałam nikogo, kto by to planował, by szpanować potem na koncertach vegan sxe z podwiniętym rękawem. To raczej gest solidarności zw zwierzętami.
Planuję wybrać się na tatuaż pod koniec listopada, jeśli coś z tego wyjdzie, to wam pokażę.

Po drugie, kawałek naszego największego pokoju. Jest przechodni i tak naprawdę nie wiadomo, co w nim robić, bo stoi tam mnóstwo pudeł, ale docelowo ma być pomieszczeniem dla gości i wypoczynkowym. Na razie jest tylko stół i krzesła, ale dokładnie takie, jak chciałam.


Po ostatnie, lubicie owsiankę z syropem? Ja bardzo.


środa, 7 listopada 2012

serek "kozi" z nerkowców


Serek wzorowany na przepisie Micha z Facet w kuchni.

1 szklanka namoczonych nerkowców
1 szklanka wody
1/2 szklanki mleka sojowego
czosnek granulowany
1/4 szklanki soku z cytryny
4-5 łyżeczek agaru w proszku
4 łyżeczki płatków drożdżowych - nie miałam, więc dałam odrobinkę zwykłych drożdży
sól i pieprz

Zmiksować i gotować kilka minut na wolnym ogniu, aż agar zacznie gęstnieć. Wlać do miseczki i wstawić do lodówki. Po 2h mamy smaczny, nieco kwaśny serek o stałej konsystencji, dający się bez problemu kroić w plastry.
Jadłam na grzance graham z alsanem. Pyszny jest też z pomidorem lub ketchupem.


Sowy czekają aż wystygną czekoladowe babeczki z kremem z masła orzechowego.

poniedziałek, 5 listopada 2012

burger z buraka

Brzmi dziwnie, smakuje pysznie. Zobaczcie sami/e.


Zrobiłam go z przepisu na beetroot burger stąd http://www.theppk.com/2012/02/quarter-pounder-beet-burger/. Z jednego buraka i szklanki ryżu wychodzi siedem naprawdę dużych kotletów!

1 burak
pół cebuli
1 szklanka ugotowanego ryżu
pół puszki cieciorki
2 łyżki masła orzechowego
tymianek, pieprz czarny, papryka wędzona, chili, sól - dużo, bo burak jest z natury słodki
1/2 szklanki bułki tartej albo 2 łyżki mąki kuku

Wszystko miksujemy na masę przypominająca, przepraszam za wyrażenie, mięso mielone - i smażymy burgery. Oprócz nich w bułce są oliwki, ketchup, ogórek i pomidor oraz jalapeno.


Dzisiaj dzień eksploracji nowych pól w kuchni - pierwsze mleko z soymilk makera i pierwszy ser "kozi" z nerkowców. Obie próby udane.

niedziela, 4 listopada 2012

wycieczka po kuchni

Już prawie skończone, można gotować swobodnie w tym ciasnym wnętrzu i czuć się jak u siebie. Idea - kuchnia żółta jak cytryna. Realizacja - raczej piaskowa żółć ( brak kafelków cytrynowych, szukałam tygodniami) z pomarańczową podłogą. Moim ideałem było jasne wnętrze, jasne, ale nie białe, bez tych wszystkich typowo polskich ozdobników typu firaneczki, kafelki z motywem uśmiechniętych owoców i tym podobne. Okna nie zasłania nic, ani roleta, ani firanka, nie lubię się grodzić od świata.

Kiedy się urządza mieszkanie, każdy ma wiele rad mówiących co się powinno zrobić. Nie zliczę ile razy słyszałam, by rozwalić ścianę i połączyć kuchnię z dużym pokojem, tak by mieć aneks kuchenny. Nie, nie, nie. Nienawidzę aneksów, kuchnia jest odrębnym pomieszczeniem. Szkoda, że jest tak mała, że nie było szansy na zmieszczenie stołu, ale trudno. W kuchni się gotuje, w pokoju, przy dużym stole z jasnej sosny, się je.


O siódmej rano, więc mało słońca.


Część myjąco-lodówkowo-zlewowa ( w prawej komorze zlewu nie mam nieumytych naczyń, jeśli ktoś chciałby to wytknąć, tylko czyste, już po umyciu - nie zamontowałam jeszcze odciekarki).


Wnętrze szafki z zapasami puszkowo-mącznymi.


Na żółtym blacie miło się pracuje - dziś piekłam ciasto "niebo"jako inaugurację nowej kuchni. Wreszcie!


Szafka na przyprawy rzadziej używane, różne egzotyczne mąki i dodatki ( trzymam tam m.in. papier ryżowy, egg replacer, syrop z agawy, creamed coconut i inne).


Pusta ściana - na górze miejsce na rurę od okapu. Pod nią będzie półeczka na często używane przyprawy w słoiczkach i na książki kucharskie.


Sowy w pełnej krasie.


Ekspres do kawy i toster - lubię czarne AGD, mimo że jest podobno niepraktyczne. Nie znoszę za to białych przedmiotów. Wkurza mnie, że blendery są białe.


Zależało nam na jak największej lodówce z ogromną zamrażarką. Ta na razie się sprawdza, nie pamiętam teraz jakiej jest marki, ale jak na razie ją polecam - cicho chodzi, co jest ważne w mieszkaniu pozbawionym drzwi, ma fajną szufladę fresh zone, która sprawia, że warzywa są świeże bardzo długo ( np.sałata wytrzymała dwa tygodnie), specjalny leżak na butelki i dużą część zamrażarkową z trzema poziomami szuflad.

Czego mi brakuje? Stołu, choćby jednoosobowego. Krzesła. Dłuższego blatu. I chyba tyle...z innych rzeczy się cieszę - że nie dałam się namówić na zmywarkę, że rozwiązaliśmy problem z doprowadzeniem ciepłej wody bez instalacji termy elektrycznej, że kafelki nie są błyszczące...a szafki już wszystkie zajęłam, mimo że część toreb nadal czeka na rozpakowanie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...