czwartek, 27 września 2012

czwartek z byle czym vol.2


Czas przeprowadzki nadal nie nadszedł, ale zbliża się, jak widać. Mieszkanie powoli przestaje wyglądać jak Nagasaki po wybuchu, ale nadal środkiem pokoju ciągnie się dziura na rurę, przygnębia nas też ogromny wybór farb i w ogóle wszystkiego.Ale skoro wybraliśmy mieszkanie w pięć minut, to farby tym bardziej.


Jedne z ostatnich moich wyrobów do cateringu. Postanowiłam zrezygnować z tej roboty, bo obawiam się, że obrzydzi mi ona gotowanie - nigdy nie gotowałam w tak ciężkich warunkach, nigdy nie spychano na mnie takiej odpowiedzialności, rozszerzając "po cichu" moje obowiązki. Niestety, sama idea spółdzielczości nie wystarczy, jeśli nie umie się/nie chce jej wcielić w życie. Kooperatywa to nie korporacja, a spółdzielnia nie może działać na zasadach kapitalistycznego przedsiębiorstwa.


Brownie, a obok cukinia na tartę.

***

Ostatnio przeczytałam "Głód" Grahama Mastertona. Jest to pierwsza jego książka, którą czytałam, i nie polecam wam jej za cholerę. Niech was ręka boska broni, choć to sławny autor. Książka pełna jest seksistowskich uwag, nic nie wnoszących scen seksu i papierowych postaci. Jedyne, co sprawia, że czyta się ją z niejakim zainteresowaniem, to sam koncept - z powodu zarazy na polach pszenicy USA znajduje się  na granicy głodu. W ciągu dwóch tygodni ludzie zaczynają walczyć o żywność. Ciekawe o tyle, że faktycznie można zacząć sobie wyobrażać, że jesteśmy bezbronni - co jeśli skończy się żywność? Co, jeśli planeta, o którą tak nie dbamy, nie da już rady się regenerować? Serio, myślę, że ziemia ma nas już dość i tylko czeka, żeby nasza era się skończyła, taki z nas upierdliwy gatunek.

Czytałam też ostatnio o fajnej akcji, która zachęca, żeby spróbować żyć wykorzystując tylko 24 litry wody na dobę. Dlaczego? Bo średnio tyle wykorzystują ludzie z krajów dotkniętych jej brakiem. A my lejemy do wanny, przy myciu zębów, gotujemy w czajniku więcej, niż trzeba na herbatę...Trudno się oduczyć tych nawyków, ale warto próbować, a nie wychodzić z założenia, że muszę stać pod prysznicem trzydzieści minut, co mnie obchodzi, że w Sudanie nie mają wody, skoro ja tu mam.
Dbanie o zasoby jest prostsze, niż się spodziewamy. Kwestia nawyków. Trzy kosze na śmieci? To nie problem. Pranie w orzechach? Czemu nie, tanio, szybciej, bez chemicznego zapachu proszku. Ekologiczne detergenty? Co dzień się ich nie kupuje, można się szarpnąć, zamiast piwa. I tak dalej. Tak to wchodzi w krew, że po miesiącu odrywa się papierek od torebki z herbatą, by podzielić zużytą torebkę na kompost i papier...


niedziela, 23 września 2012

zupa porowa, pizza rolls, ciasto shrek

Wrzesień zasuwa tak szybko, że tygodnie zlewają się w jeden ciąg podobnych dni. Jeszcze tydzień temu były upały i gołe nogi, od paru dni zimnica w stylu październikowym. Dziś około 17 nie dawałam już rady spokojnie spacerować po mieście, chociaż byłam w płaszczyku i chuście. Marzną ręce, wiatr hula za kołnierzem. Zboczyłam do jakiejś kawiarni i zrujnowałam się na małe sojowe latte, żeby posiedzieć w ciepłym wnętrzu.
I kiedy ta cała jesień przyszła, co?
Nie ma kasztanów w Warszawie.

Zupa porowo-ziemniaczana


A na zimno dobre są zupy.

1 por
pół kilo ziemniaków
oregano
łyżeczka pasty czosnkowej
sól, papryka wędzona
grzanki z razowca

Szlachetna prostota - warzywa pokroić, podsmażyć, posolić, zalać 3 kubkami wody i gotować do miękkości. Zblendować, doprawić, pogotować jeszcze 10 minut do zgęstnienia.

Pizza rolls

A to eksperyment, który widywałam na zagranicznych blogach i wydawał mi się żmudny i skomplikowany, tymczasem okazał się prosty. Prosty jak pizza.


Wiem, wygląda trochę jak niezdrowa grzybna narośl na drzewie...w smaku to pyszne, chrupkie, delikatne ślimaczki o smaku pizzy, lepsze, niż calzone.

Robimy ciasto jak na pizzę, każda/y ma swój sposób. Po wyrośnięciu rozwałkowujemy na prostokąt i kroimy w długie pasy. Każdy pas smarujemy sosem pomidorowym z ziołami i wypełniamy nadzieniem.

zielone oliwki
pieczarki
suszone pomidory
czerwona papryka

Zwijamy ślimaki i pionowo umieszczamy w okrągłej blaszce, jeden pośrodku. Pieczemy aż się upiecze, pewnie koło 20 minut. Trzeba jednak uważać na środkowego ślimaka - łatwo go nie dopiec po bokach. U mnie pozostał częściowo surowy.


Rollsy jemy z ulubionym soem, w moim przypadku to pietruszkowe pesto, które wolę od  ketchupu.



A na deser Ciasto Shrek. Głupia nazwa, zawsze omijałam przepisy na jego temat, bo myślałam, że chodzi o jakiś pretensjonalny dziecięcy tort w kształcie Shreka. Może narażę się niektórym, ale nie przepadam za tym bohaterem, a film niespecjalnie mnie bawił, na tyle mało, że widziałam tylko pierwszą część.

Jednak w piątek, w pracy w cateringu, zobaczyłam, że moja koleżanka korzysta z zino-książeczki "Jak upiec wegańskie ciasto?". Przejrzałam ją i znalazłam przepis na shreka, a że był prosty, zrobiłam go po powrocie do domu ( tak, wracam z pracy, w której gotuję np. 6h i biorę się za gotowanie. Jestem maniaczką).

2 paczki ciastek digestive lub holenderskich
2 budynie waniliowe
1 kubuś zielony
1 kubuś czerwony
pól puszki brzoskwiń

Dno tortownicy wykładamy ciastkami. Gotujemy pierwszy budyń na zielonym kubusiu ( trochę gęstszy, niż do jedzenia łyżką). Wylewamy na ciastka. Kładziemy pokrojone brzoskwinie, warstwę ciastek i wylewamy budyń ugotowany na drugim kubusiu. Górę zdobimy ciastkami.

Jak widzicie, Shrek jest ciastem bez pieczenia i jest szybki, musi tylko postać w lodówce. Czy jest smaczny? Na pewno bardzo słodki. Nie słódźcie budyni, bo soki to szczyt cukrowatości. Kto chce, może dekorować czekoladą, ale wtedy nie każdy już to przełknie...Ewidentnie można zrobić jako ciekawostkę, natomiast nie należy toto do ciast eleganckich i do-podania-w-ambasadzie.

***

Już niedługo zacznie się cykl o najbardziej nielubianym warzywie. Niektórzy i niektóre z wa uczestniczyli/ły na facebooku bloga w konkursie, w którym wybieraliśmy najbardziej znienawidzone warzywo. Bezapelacyjnie zwyciężyła brukselka i to z nią będziemy eksperymentować i ją oswajać.


piątek, 21 września 2012

ciasto wiewiórka

To ciasto nie ma kształtu wiewiórki, chyba bym umarła próbując ją wykroić. Nosi taką nazwę bo zawiera orzechy i pestki- można wsypać jakie się chce, włoskie, laskowe albo po prostu słonecznik, tak jak ja.


Przepis pochodzi z bloga http://badylarnia.blogspot.com/. Zaprowadziłam w nim oczywiście milion zmian, bo byłam uwięziona w domu i nie mogłam wyjść, a chciało mi się ciasta już zaraz.

5 papierówek ( dałam 1 jabłko czerwone i 4 gruszki)
marchewka
pół szkl. orzechów laskowych ( u mnie pestki słonecznika)
trochę więcej niż pół szkl. cukru (trzcinowego)
8 łyżek mleka (dałam 8 łyżeczek sojowej śmietanki do kawy w proszku)

 pół szkl. oleju + 2 łyżki
2 szkl. mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody
1 łyżka przyprawy do piernika ( dałam więcej plus cynamon i imbir)
cukier puder



Owoce zetrzeć na tarce. Pomieszać suche składniki, dodać to, co starliśmy oraz składniki mokre, dobrze wymieszać drewnianą łyżką. Piec trzeba teoretycznie 40 minut, ale ja piekłam ok. 60 minut - mam małą średnicę tortownicy, więc ciasto wyszło wysokie i na środku nie chciało się dopiec.




Ciasto wychodzi piernikowate, ale lepsze, wilgotne, słodkie, trochę owocowe, jak tzw. ciasto włoskie.




Na koniec, po lekkim przestygnięciu, posypujemy wiewióra cukrem pudrem przez sitko. Dobry ten wiewiór. Do herbaty na podwieczorek, do kawy na śniadanie. Prosty, szybki.

czwartek, 20 września 2012

czwartek z byle czym vol.1

Otwieram nowy dział, mianowicie Czwartek z Byle Czym. Co czwartek będę publikowała zdjęcia tego, co mnie otacza i co mi się akurat przydarza. Nudne, codzienne życie. Książki, koty, cztery ściany.
Nie wiem, jak wy, ale ja lubię czytać takie rzeczy na blogach - o tym, jak blogerzy mieszkają, co sobie myślą, co czytają. Schemat "zdjęcie i przepis" znudziłby mnie szybko, i na własnym blogu, i na cudzych.


Powstaje risotto.

A to właśnie czytam. Wybaczcie krzywy ryj.

Ps Pozdrawiam czytelnika, który podszedł do mnie na koncercie LeechFeast i wyznał, że mam zajebistego bloga. Nie wydaje mi się specjalnie zajebisty, ale dbam o niego i podlewam, jak umiem.

poniedziałek, 17 września 2012

zupka warzywna i budyń z sokiem


Dobra zupa na wczesną jesień, warzywna, gęsta, ale nie przecierowa, pełna warzyw, zabielana jogurtem naturalnym.

fasolka szparagowa żółta - ze 3 garście
 ziemniaki
1 papryka czerwona
1 kalarepa
olej
pieprz czarny, sól, oregano, suszone pomidory w proszku
sok z kilku świeżych pomidorów
pół kubeczka sojowego jogurtu naturalnego

Fasolkę gotujemy oddzielnie, resztę kroimy, podsmażamy kilka minut na oleju mieszając i zalewamy wodą, po czym gotujemy do miękkości warzyw ( kalarepka może pozostać nieco twardawa, bo inaczej ziemniaki się rozpadną). Pod koniec gotowania dolewamy pomidory, dodajemy przyprawy i ugotowana fasolkę, chwilę gotujemy razem. Zabielamy dopiero po zdjęciu z gazu, a jogurt nie powinien być zimny, bo zrobi się farfocle.


Budyń toffi Winiary to gotowiec, a przy tym nawet nie stał obok toffi. Ma lekko wyczuwalny zapach karmelowy, smak właściwie jak zwykłego budyniu waniliowego. Z sokiem* malinowym i czekoladowymi markizami da się przełknąć na podwieczorek.
Przy okazji, jeśli macie wątpliwości co wegańskości budyniu, to niniejszym je rozwiewam. Proszek budyniowy nie zawiera mleka. To od nas zależy, na jakim mleku go ugotujemy i możemy równie dobrze wybrać na roślinnym. Piszę o tym, bo ostatnio kilka osób udowadniało mi, że budyń zawiera mleko krowie, musi je zawierać i w ogóle jak weganka może jeść budyń, olaboga.

* Laptop ma problemy z "s" i całą notkę, łącznie z tytułem, pisał budyń z okiem. Pycha.

sobota, 15 września 2012

sushi i omlet

Remont zabiera dużo czasu, i same fizyczne czynności z nim związane, i planowanie, jeżdżenie, szukanie, spotkania z fachowcami, którzy załamują ręce...czy wiecie, że w niewielkim mieszkaniu jest 17 gniazdek? I muszę już teraz wiedzieć, gdzie je umieścić?

Niby nie pracuję, ale a) szukam trochę pracy, płodząc rzucające na kolana listy motywacyjne po angielsku, które mają udowadniać, że jestem zajebista, punktualna, mądra itp., b) mam dużo drobnych zleceń z różnych branż ( tłumaczenia, lekcje, wegański catering), które czaem zajmują więcej czasu i wymagają więcej logistyki, niż realna praca w jednym miejscu.

Nie gotuję wypasów i nie robię zdjęć, więc na razie tylko dwie rzeczy z ostatniego tygodnia.


Własnej roboty sushi z ogórkiem, avocado i tofu. Pyszne. Niestety, w naszym domu nie cieszy się powodzeniem, czytaj nikt nie chce oprócz mnie, bo niby śmierdzi rybą. Nie rybą, tylko morzem. Glony tak pachną.


Omlet wegański z tofu, z serem Veganline i warzywami. Według tego przepisu : http://blog.fatfreevegan.com/2007/09/vegan-omelette-for-one.html


poniedziałek, 10 września 2012

Akcja Vegan Kluski

Zaniedbałam Vegespota, a warto tam zagladać, bo mnożą się ciekawe akcje. Dziś o kluskach. Zamieszczam przepis i zdjęcie sprzed prawie trzech lat i stary przepis na zielone kluski ze szpinakiem.
Ugotowałbym coś nowego kluskowego, ale remont mnie przytłacza, dziś jadłam frytki, hummus i pieczarki, wstyd.

Vegan kluski!Organizator: kikimora

Zielone kluski ( gnocchi verdi)

450 g ziemniaków
paczka mrożonego szpinaku lub z 300g świeżego
150 g mąki ( tak naprawdę przy dużej ilości szpinaku potrzeba jej więcej)
150 ml oleju
szczypta soli


Ziemniaki ugotować w skórkach, ostudzić, obrać i utłuc. Szpinak odparować i dodać do ziemniaków. Wlać olej. Stopniowo dodawać mąkę, mieszając i wyrabiając ciasto.
Ciasto podzielić na paski trzycentymetrowej grubości, każdy przekroić w poprzek na trzy kawałki, jak przy kopytkach. Formować kulki, pośrodku robić kciukiem dziurkę.
Gotować we wrzątku 3-5 minut każdą partię.


Do klusek pyszny jest sos cebulowo-pieczarkowy.

sobota, 8 września 2012

my home is my...


Tworzymy dom od podstaw. Zamiast drogiej kawalerki w centrum miasta rozwalone mieszkanie na zadupiu,duże, ale i wymagające dużej pracy. Na razie usuwamy ślady wieloletniej bytności poprzednich mieszkańców, do których to śladów zaliczają się m.in. liczne warstwy tapet, ohydne żyrandole i dywaniki.
Zmęczona i obolała od zrywania tapet w różnych pozycjach ( lepsze, niż aerobik), przysiadłam w kącie na stołku, spojrzałam na apokalipsę dokoła mnie, i obiecałam sobie, że za dwa miesiące siądę w tym samym miejscu ( może nie na tym samym stołku, bo jego brzydota jest legendarna...) i westchnę z radości i zachwytu moim otoczeniem.

Miasto jest małe. 7 km nad Zegrze ( podobno), ale jestem z Warmii, i niełatwo mi zaimponować jakimś akwenem.Cisza, kasztan za oknem, mieszkać będziemy na ostatnim piętrze i nikt nam nie będzie stukał nad głową. Wybrałam kolor ścian do sypialni ( wrzosowy) i wiem, gdzie będzie stała kocia kuweta. A w lokalnym markecie są świeże figi!

piątek, 7 września 2012

weganka w Warszawie - kawiarnia Bezgraniczna

Wiem, że to wygląda, jakbym tylko latała po jadłodajniach, ale tak nie jest, po prostu za każdym razem, gdy mam się z kimś spotkać idę w miarę możliwości w inne miejsce, by je przetestować pod kątem wegańskości, i opisać je tutaj. Na co dzień wole gotować w domu, bo mam taką przywarę, że smakuje mi najbardziej to, co sama zrobiłam - ale walczę z tym.

Umówiłam się w końcu z Aśką z naszego feministycznego kolektywu jeszcze z Torunia. Nie widziałyśmy się od roku i miałyśmy do umówienia pewne sprawy związane ze wspólnie pisanym artykułem, ale i zwykłe plotki, no i jedzenie. Asia odniosła się z wyrozumiałością do faktu, że po wejściu do kawiarni natychmiast wyciągam aparat, i poszła mi na rękę zamawiając tylko wegańskie dania, mimo że nie jest weganką, tak bym mogła wszystkiego spróbować i ocenić

Bezgraniczna mieści się przy ul. Grzybowskiej 2 i jest zupełnie nie do znalezienia. Szukałam jej około 15 minut, oglądając wieżowiec z różnych stron ( bo mieści się w wieżowcu, w którym są jeszcze inne knajpy, mieszkania i biura). To kawiarnia prowadzona przez podróżniczki, dwie dziewczyny, które zjechały dużą część świata, jadły w różnych miejscach i przywiozły pełno pięknych przedmiotów charakterystycznych dla różnych kultur. Patrząc na stronę internetową, spodziewałam się miejsca małego, przytulnego, z niewymuszoną atmosferą i dobrym żarciem. Jest...trochę inaczej.


Lokal jest ogromny, nowoczesny, pomimo akcentów etnicznych sprawia trochę zbyt puste i czyste wrażenie ( mówi wam wychowana na skłotach). Jest część marokańska, w której można siedzieć na poduchach, i zwykłe stoliki. Obsługa kelnerska jest super - jeśli się lubi obsługę kelnerską, mnie ona trochę krępuje - pani była naprawdę miła w niewymuszony sposób i, usłyszawszy, że mówimy o jedzeniu wegańskim, przyniosła nam specjalnie laminowane menu wegańskie. Pierwszy raz spotkałam się z tym, by w knajpie podającej także mięso było oddzielne menu, a nie tylko dania oznaczone znaczkiem w karcie, więc byłam miło zaskoczona. Minusy - dań jest mało, ceny moim zdaniem wysokie, no i w karcie wegańskiej figuruje jedno danie z miodem:(
Ale dobrze, że nikt nie otwiera szeroko oczu i nie poleca frytek! A wegetarianie mają tam naprawdę z czego wybierać.


Oto, co jadłam - hummus i nachosy plus club mate. Byłam najedzona po obiedzie, więc nie szalałam. Nachosów było mnóstwo, jak dla mnie zbyt dużo, hummusu też sporo. Nie był niestety tak dobry, jak w arabskich knajpach, ale jako przekąska całość była dobra. W tle lemoniada Asi, pyszna, faktycznie czuć, że domowa.


Tu zdjęcie nieostre, bo chciałam pokazać, jakie napisy są na miseczkach - "Journey has no end" i "Travels have no bounds".

Danie Asi to chrupkie warzywa na mleku kokosowym. Sos był dobry, choć dla mnie mało ostry. Warzywa podobno zbyt twarde. Asia jadła jeszcze sajgonki wege z dobrym sosem octowym i pędami bambusa. One akurat kosztowały przystępnie, 12 zł.

Minusy :
- nie ma mleka sojowego do kawy
- nie ma wegańskich ciast ani deserów
- ceny są wysokie jak na niewielkie porcje

Plusy :
- wystrój jest ciekawy i autentyczny
- jest wymienialnia książek
- dużo miejsca, można się spotkać grupą
- jeśli ktoś je wszystko, to na pewno znajdzie wiele dla siebie
-

czwartek, 6 września 2012

najszybszy sos świata


Nie ma sensu jeść nędznych sosów ze słoika, przesyconych octem i powodujących zgagę, bo w naszym zasięgu jest taki oto sos pomidorowy, a raczej całe danie, którego przygotowanie trwa 20-30 minut, we dwójkę pewnie krócej...

1 kg świeżych pomidorów ( teraz to taniocha, 1-2zł za kilo)
15 dag pieczarek
1 cebula
3 zęby czosnku
1/4 natki pietruszki
kawałeczek papryczki chili ( też teraz tanie na straganach)
olej
starty ser mozarella Veganline
kilka zielonych oliwek

Przyprawy :

suszone pomidory w proszku
pieprz zielony
wędzona papryka
zioła włoskie dowolne

Cebulę i czosnek posiekać i podsmażyć na oleju, dodać posiekane pieczarki, doprawić, dusić aż trochę wszystko zmięknie. Pomidory pokroić i też walnąć na patelnię - ja ich nie parzę i nie obieram ze skórek, ale droga wolna, jak macie więcej czasu i chęć cyzelowania tych skórek:) Niech się duszą i rozpadają, czasem mieszamy, potem dorzucamy natkę, oliwki i solimy, ale ogólnie sos można zostawiać samopas.
W międzyczasie gotujemy makaron, u mnie to wstążki z 5 zbóż Lubella. Mieszamy z sosem. Na talerzach posypujemy startym wegańskim serem.


A ser to inna sprawa - naprawdę pierwszy wegański w moim życiu, który przypomina ser żółty, da się kroić, trzeć na tarce bez mrożenia, i w ogóle zachowuje się jak ser, a nie jak dziwne tworzywo, z którym trzeba wyczyniać cuda na kiju, żeby współpracowało...

Tutaj link do evergreena, który ma te sery : http://www.evergreen.pl/veganline-oliwkami-p-2034.html



I kilka innych wytworów z ostatnich dni.


Samosy


Bułka z veganline i oliwkami plus sojowy jogurt mango.

Bajgle z różnościami.


wtorek, 4 września 2012

ciasto jeżynowe z warstwą "serową" i galaretką

Tytuł nieco długi i barokowy, a oto bohater dnia.


Robi się prosto.

Krok 1 : pieczemy idealny biszkopt.

2 szklanki mąki
1 szklanka cukru
pół szklanki oleju
łyżka proszku
szklanka wody lub mleka roślinnego
3 łyżki kakao lub karobu

Krok 2 : robimy masę "serową"

2 tofu naturalne
sok z 1 cytryny
2 łyżki mleka sojowego
cukier waniliowy
3łyżki cukru

Miksujemy na gładką masę, wykładamy na biszkopt.

Krok 3 : Dekorujemy owocami, najlepiej kwaśnymi

Krok 4 : Zalewamy galaretką na pektynie lub karagenie ( tutaj truskawkowa Delecta).

niedziela, 2 września 2012

takie tam

http://koktajlove.blogspot.com/2012/09/versatile-blogger-award.html?showComment=1346571323492#c4676946757330533326

Dziękuję Koktajlovej za nominowanie mnie do Versatile Blog Award. Miałabym problem z wyborem piętnastu blogów, bo czytam ich więcej, i wszystkie z linków warte są polecenia. Nie wybieram więc poszczególnych, a swoje ulubione będę prezentowała w cyklu "Blog tygodnia", do którego zamierzam wrócić ( tak, tak, po dwóch latach!).

Może więc pobawmy się tak, że napiszę tutaj te siedem faktów o sobie, a kto ma ochotę, obojętne czy blogerka/bloger czy czytelniczka/czytelnik, może w komentarzach się do nich odnieść lub dopisać własne? Komentarze w stylu " Ale dziwne!", albo "Ja tak nie mam!" też jak najbardziej mile widziane;)



1. Mam bardzo nomadyczną naturę. Wyprowadziłam się z domu rodzinnego w wieku 18 lat i od tej pory mieszkałam w czterech dużych miastach oraz chyba ze dwudziestu mieszkaniach. Przestałam już liczyć. Nie żal mi miast, miejsc, które zostawiam za sobą. Łatwo podejmuję decyzję o kolejnych przeprowadzkach. Niespecjalnie tęsknię za ludźmi, co nie znaczy, że nie podtrzymuję znajomości.

2. Uważam, że ludzie mają prawo wyglądać tak, jak chcą. Dotyczy to stroju, figury, owłosienia, wszystkiego. Nie myślę źle o czyimś wyglądzie na zasadzie Mogłaby schudnąć albo Ale brzydka bluza, i nie wyrażam takich opinii. Nie poobgadujesz ze mną koleżanek, bo nie nam sądzić, czemu ktoś jest taki, jaki jest i nie nam opiniować, co może w sobie zmienić. I dlaczego trzeba coś zmieniać? Nasłuchałam się przez lata, wprost i za plecami, co ludzie o mnie sądzą. Pogodziłam się ze swoją twarzą i niezbyt szczupłą sylwetką. Osoba, którą kocham, uważa, że jestem najpiękniejsza na świecie, a to robi lepiej, niż terapia.

3. Bardzo lubię być sama. Pierwsza wychodzę z imprez i spotkań. Nie lubię jeździć gdzieś w grupie, dostosowywanie się do dziesięciu głosów osób, z których każda chce robić coś innego to dla mnie mordęga. Mam swoje marszruty i nigdy się ze sobą nie nudzę. Co nie znaczy, że jestem odludkiem - chętnie umówię się na sok czy spacer, nie jestem małomówna.

4. Nie piję alkoholu, z różnych powodów, ale głównym jest to, że nienawidzę jak ludzie się po nim zmieniają. Nie trafia do mnie, że to na rozluźnienie czy nie ma o czym gadać, a spotkać się trzeba to wypijmy. Po iluś tam piwach każdemu się wydaje, że jest strasznie zabawny, a tymczasem zazwyczaj wtedy komunikacja siada.

5. Uwielbiam czytać książki, niektóre czytam po sto razy, zwłaszcza te z dzieciństwa. Jednocześnie nie podchodzę do nich nabożnie, nie szanuję ich, jak niektórzy by powiedzieli - jem czytając, czasem coś w nich piszę, noszę w torbie, aż niektóre są w strzępach.

6. Uwielbiam deseń w lamparta - to już wiedzą czytelnicy facebookowi, bo czasem piszę tam, co mam nowego w ten wzór. Właśnie, nowego. Inną ważną dla mnie sprawą jest niekupowanie nowych ubrań. Z różnych względów - finansowych, ekologicznych, z powodu miejsca, w którym są produkowane i łamania praw pracowniczych osób, które je szyją...Nie mogę, no nie mogę kupić bluzki za 150zł z metką "Made in Cambodia". Pomyśleliście, ile kasy dostaje za jej wykonanie osoba szyjąca? Oczywiście nie jestem święta, mam rzeczy wykonane w Chinach, np. do kuchni, ale staramy się kupować polskie, lokalne ( wczoraj np. kupiliśmy polski sedes i lampę do mieszkania;)).
Poza tym, kasy na ciuchy mi zwyczajnie szkoda. Lubię się ciekawie ubierać ( a może tylko ja myślę, że to jest ciekawie), lubię ciuchy i swój styl, ale robię to niskim kosztem i nie uważam, że to dziadowanie. Na powyższym zdjęciu mam na sobie dwie rzeczy z free shopu, jedną z lumpeksu i jedną znalezioną na śmietniku, plus torbę z empiku za 9 zł.

7. Moje dwie pasje to język angielski, zwłaszcza gramatyka, i podróże. Uważam, że warto pojechać wszędzie, bo, to banał, ale naprawdę poszerza to horyzonty. Lubię miasta, lubię ich tempo i rytm, zarówno tych malutkich, jak i dużych,lubię się snuć i patrzeć okiem obcej co robią lokalni mieszkańcy, jak żyją.

****

Rozgadałam się, a nie ma tu połowy faktów,które chciałam zawrzeć...no to teraz wasza kolej.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...