piątek, 31 sierpnia 2012

relaks w Relaksie

Krótko - poszłam na tę podobno pyszną kawę na Mokotów,  poszłam z poświęceniem, bo zlazłam całą Puławską, żeby znaleźć kawiarnię Relaks.
Wąż mi zasyczał w kieszeni, kiedy pan za barem powiedział mi, ile płacę...była to najdroższa kawa w moim życiu. Ale także najlepsza - idealnie dobrana na mojego nastroju i stroju. Dostałam taką kawę, jaką sobie wyobraziłam i o jaką poprosiłam, na jaką się czułam - lekką, słodką, delikatną i dużo. A ja też byłam całkiem lekka i delikatna tego ostatniego dnia sierpnia, w mojej czterdziestoletniej sukience w kwiaty, w butach peep toe, jak pani domu z lat pięćdziesiątych. Nie wiem, czy człowiek robiący kawę dobiera ją do osoby, czy zrobił mi standardową. Ale była idealna, rozkoszowałam się każdym łykiem.


poniedziałek, 27 sierpnia 2012

a tu nagle koniec lata

Czas zasuwa, chyba z wiekiem ma się tego świadomość coraz bardziej. Nie ma już długiego, niekończącego się niemalże lata jak w dzieciństwie. Dni mijają stanowczo zbyt szybko, i wiem już, że tego nie da się zmienić. Jedyny sposób na częściowe pokonanie czasu to - dużo robić, żeby potem mieć dużo wspomnień. Jeździć, chodzić, rozmawiać, czytać, oglądać, gotować, jeść, zadawać pytania i słuchać, słuchać innych. Pamiętać, co powiedzieli i nie ględzić cały czas o sobie.

Dziś przypominałam sobie cztery ostatnie sierpnie pod rząd. Okazuje się, że przez ostatnie lata co roku mieszkałam w innym miejscu, gotowałam w innej kuchni, z innymi ludźmi. Teraz to się może zmieni...może osiądę.

Cieszy mnie nadchodząca jesień, dynie, kurki, herbata w kubku i kalosze w lamparta. Nie cieszy mnie wizja remontu, bo wiem, że przez odgruzowywanie mieszkania właściwie tę jesień kulinarnie i domowo przegapię. Dobrze będzie, jeśli w listopadzie będę miała swoją wymarzoną kuchnię. Ale będę ją miała - wybieram kolory, sprzęty, wszystko. Mam już soymilk maker i patelnię ceramiczną. I młynek do kawy, bo znalazłam sklep z ciekawymi kawami w ziarnach - np. kawą bananową czy ciasteczkową. Kto by nie kupił młynka w takiej sytuacji, no?


Panzanella
 

Prosta sałatka - rukola, pomidory, ogórki, czerwona cebula, oliwa i podsmażone grzanki.

Papryka faszerowana ryżem z pieczarkami, cebulą i śmietanką owsianą


Wegański kopiec kreta


Kopiec, jak widzicie, tragicznie niski i rozdeptany, to kopiec dla ubogich i żadem kret by w nim nie zamieszkał...wizualnie daleki od pierwowzoru, jaki na swoim blogu stworzyła Atak Ciasta, ale, jako że pyszny, schowałam dumę do kieszeni i pokazuję go tutaj.

Wersja "normalna" jest bardziej wysublimowana, bo zawiera jeszcze warstwę bananów, a w kremie ma brzoskwinie i czekoladę. Mój kret ma za to warstwę ciasteczek owsianych i aromat rumowy zamiast śmietankowego. Krem z tofu i ryżu brzmi dziwnie, ale jest pyszny, trzeba tylko dobrze go zakwasić i porządnie zmiksować.

Tutaj przepis mojej idolki ciastowej :

http://atakciasta.blogspot.com/2012/08/weganski-kopiec-kreta.html

czwartek, 23 sierpnia 2012

Weganka w Warszawie - restauracja libańska Fenicja

Rzadko chodzę po droższych miejscach, bo, po pierwsze, gotuję sporo w domu, a po drugie nie stać mnie na regularne wydatki restauracyjno-knajpiane. Wczoraj jednak była okazja - podpisanie aktu notarialnego.
Wszystko w moim życiu się zmienia i toczy ostatnio bardzo szybko. Ostatnio śmialiśmy się z R., że siedem miesięcy od pierwszego spotkania pojechaliśmy razem oglądać mieszkanie do kupienia.
No i kupiliśmy. Po swojemu, czyli wybraliśmy takie, w którym byliśmy raz przez pięć minut, nie przebierając i nie stawiając nierealnych wymagań. Teraz czeka nas właściwie generalny remont.

A co to ma wspólnego z żarciem? Ano to, że taką okazję należy świętować w miarę ładnie się ubierając i zjadając coś, na co nie ma czasu czy kasy na co dzień....





Polecam wam spróbować talerza Fenicja za 22zł. Jest na nim wszystko, czego może pragnąć weganka - dobry hummus, pasta baba ganoush, cztery falafele ( słyszałam, że jedne z lepszych w Warszawie i nie rozczarowałam się), gołąbki ryżowe w liściach winorośli, pasta czosnkowa, sambal...i koszyk z gorącymi pittami. Do tego R. zamówił zupę curry z soczewicy z ryżem, a ja sałatkę libańską, czyli coś w rodzaju greckiej, ale bez sera, za to z ogromną ilością soku z cytryny - była bardzo kwaśna! R. pił ayran, a ja świeży sok z marchewki.

 

Wystrój jest taki sobie, ale wiszą fajne włóczkowe lampy, no i leci arabska muzyka, którą bardzo lubię. Podoba mi się, gdy etniczne knajpy dbają o zachowanie swojego klimatu,zamiast puszczać radio zet.

Jeszcze tam wrócę, nie spróbowałam taboulleh ani sałatki fettush...

niedziela, 19 sierpnia 2012

ziemniaki i akcje

Tytuł głupi, ale oddający istotę rzeczy:)


Po pierwsze smażone ziemniaki z pieczarkami i cebulą, roboty teściowej, z którą obecnie mieszkamy. Okrasiłam wszystko sambalem i pysznym miękkim avocado - znalazłam pod Halą Mirowską stoisko z mango i avocado po złotówce. Można więc się było obkupić, bo w Warszawie widuję avocado ( jedno!) po 7zł! Jakiś kosmos dla bogaczy...

Po drugie, nie wiem, czy pamiętacie moje roślinki balkonowe, posadzone w maju? Rosną, przeżyły przeprowadzkę i mają się dobrze, a pomidorowe drzewko dało z 15 małych,słodkich, soczystych owoców, które jem od wczoraj, dawkując po odrobince, gdyż to moje pierwsze w życiu wychodowane płody rolne, i jestem dumna niemalże jak z własnych dzieci.
Obok parę listków bazylii, również z własnej doniczki. Zdjęcie nieostre, bo nowy aparat ma problemy z ostrością ( albo ja mam problemy z nowym aparatem).

 
Po trzecie - feministyczna akcja przesyłania zdjęć z kartką mówiącą, czemu potrzebujemy feminizmu. Zachęcam do obejrzenia : http://whoneedsfeminism.tumblr.com/ i przesłania własnych zdjęć. Powyżej moje - dziewczyny i chłopaki na swoich kartkach podejmują różne tematy, ja napisałam o czymś, co boli wiele kobiet od niemalże dzieciństwa - presji społecznej na zgodny z kanonem wygląd i patriarchalnych ramach "urody", w jakie jesteśmy wtłaczane. Opublikowawszy zdjęcie na facebooku zostałam przez "znajomego" określona jako neurotyczka, która uważa się za tak ważną, że tylko szuka wokół presji i opresji. Gratuluję ludziom, którzy są tacy mądrzy, że wiedzą, co czują inni i co powinni czuć!


Po czwarte - demonstracja w obronie Pussy Riot pod ambasadą Rosji ( odbyła się w miniony piątek). Na pewno czytaliście o sytuacji dziewczyn z zespołu, które zostały skazane przez reżim Putina na dwa lata łagru za wykonanie piosenki w cerkwi. Spotkałam się z pytaniem, po co organizować akcję, skoro wyrok już zapadł. Uważam, że akcja solidarnościowa ma zawsze sens - warto protestować, by okazać wsparcie zatrzymanym, by pokazać swoje niezadowolenie z decyzji. Władza nie liczy się z obywatelami i obywatelkami, jeśli nie widzi sprzeciwu, przykładem są choćby protesty w sprawie ACTA. Wtedy ludzie wyszli na ulice w sprawie, wydawało się, przegranej i przesądzonej. Wierzę w sens protestu! Szkoda, że podniesienie wieku emerytalnego nie wyprowadziło ludzi na te same ulice...

niedziela, 12 sierpnia 2012

tarta z nektarynkami i śniadanie śródziemnomorskie


Tarta z nektarynkami na kruchym cieście

1 1/2 szklanki mąki
4 łyżki oleju
pół szklanki zimnej wody

Zagniatamy ciasto i na godzinę do lodówki w folii. Wyklejamy nim formę, a na wierzchu umieszczamy cztery nektarynki pokrojone w paski - owoców musi być dużo, żeby tarta nie wyszła sucha, bo nie ma żadnego kremu ani galaretki. Na górę kruszonka - olej, mąka i cukier zmieszane tak, by masa była dość sucha ( mieszamy i rozcieramy palcami!).
I 45 minut w piecu na 180C.



Śniadanie śródziemnomorskie

Pseudo, oczywiście, na miarę moich skromnych możliwości i zasobu szafki z warzywami na warmińskim ganku...

Tosty z bruchettiną ze świeżym czosnkiem ( na ciepło), hummus, oliwki, kawa z kardamonem.



Nadal z dala od miasta.

piątek, 10 sierpnia 2012

kocham tofu


Tofurniki robią wrażenie nieproporcjonalnie duże w stosunku do prostoty ich wykonania ( Upiekłaś tofurnik? Ach, nie trzeba było, to tyle roboty! Pyszny! itp.). Robota to, moi drodzy, jest przy torcie, a tofurnik prosty jest jak drut i szybki jak zwykłe ciasto z owocami.

Oto przepis na Tofurnik z borówkami na czekoladowym spodzie

Włączamy piekarnik.
Dwie kostki tofu rozgniatamy do miski, wlewamy sok z dwóch cytryn, 2-3 łyżki cukru, 2 łyżki mąki ziemniaczanej, łyżeczkę proszku do pieczenia, kilka kropel jakiego chcemy aromatu, chlust mleka sojowego - blendujemy, odstawiamy. To nasza masa serowa.

Robimy spód i kruszonkę - mieszamy mąkę, cukier, olej i kakao lub karob w dowolnych proporcjach, ale tak, by ciasto było dość suche i właśnie kruszonkowe, a nie wilgotne od oleju.

Wykładamy spód formy ciastem, na to masa z tofu, na to owoce ( najlepiej kwaskowate) i kruszonka.

Do piekarnika na 40 minut.


Proste, nie? A tu ciasto po dekoracji - polewa to rozpuszczona czekolada gorzka i odrobina mleka sojowego w proszku oraz wody.


Obiad - brokułowa z grzankami razowymi i smażoną cukinią, ryż i ziemniaki z fasolką szparagową w indyjskich przyprawach.


Rafka, zdjęcie z cyklu Tak sobie przechodziłam koło laptopa/pudełka/prania/niepotrzebne skreślić, i pomyślałam, że sobie poleżę.


Od wczoraj bawimy nad warmińskimi jeziorami...


W programie lenistwo, spacery, czytanie i dobre obiady oparte na lokalnych grzybach i warzywach. W pobliskim sklepie zaś udało mi się dostać tanio mąkę owsianą i preparowaną jaglankę, wiozę do Warszawy.


poniedziałek, 6 sierpnia 2012

seitan i borówki

Nie, nie razem, bez przesady.

W końcu sezon na amerykańskie borówki, wreszcie są w przystępnych cenach, żyję borówkami!


Placki na proszku do pieczenia z borówkami, bananami i bitą śmietaną. Najlepsze śniadanie.


Seitanowe bitki w sosie cebulowym z glutenu pszennego w proszku,który przywiozłam sobie z Czech.


Borówki, borówki...i krem spekulusowy, czyli ciasteczkowy. Tak, wiem, umiem go robić sama. Tak, wiem, kosztował dychę, a kto kupuje krem za dychę? Ale na swoje usprawiedliwienie mam a) jest nieziemsko dobry, do towarzystwa nie potrzebuje chleba ani niczego, tylko łyżeczki,choć jadłam go też z sorbetem z czarnej porzeczki i urywa pewną część ciała po dwakroć, b) najpierw kosztował 26zł i chodziłam wokół niego jak struta, bo kto kupuje krem za taką kasę? No ale przecenili, więc sami widzicie. c) ma aż 350g! Tylko że połowy już i tak nie ma...

sobota, 4 sierpnia 2012

weganka na Słowacji i w Czechach, cz. III


W Czechach zwiedziliśmy Brno, Ołomuniec, Hranice na Morave i Czeski Cieszyn, w każdym miejscu zatrzymując się na nocleg lub dwa.






Czeskie jogurty - Vegevital udał się Czechom tak sobie, bo to raczej desery, bez tego typowo jogurtowego kwaskowatego smaku, natomiast Sojagurt to mistrzostwo świata. Na dnie krem czekoladowy, potem sojowy jogurt naturalny, a na górze owocowy mus, w tym wypadku brzoskwiniowy. Jadłam też wersję z kremem waniliowym i musli.


Piękne Denisove Sady w Brnie i ja, zmęczona upałem i marszem ( do hostelu mieliśmy 5km w jedną stronę).


Na dworcu wpadliśmy do sklepu Bio Park, który miał wszystko, czego tylko wegańska dusza może zapragnąć, w dodatku niektóre rzeczy przecenione, m.in. tofu salad w sojonezie. Sama sojoneza jest bardzo smaczna, tak jak i sos tatarski na jej bazie, ale hitem była tofuneza, pyszny, lekki, kwaskowaty krem, lżejszy od tradycyjnego majonezu. Na zdjęciu poza tym widać sojakrem ( na dole od lewej), czyli podróbę serka topionego, świetnie smakującą na ciepło. Obok tofu wędzone i deserek Alpro o smaku niedostępym w Polsce, a mianowicie smaku ciasteczek spekuloos.


Krekry slane czyli zwykłe krakersy, ale i tak wydarzenie, bo u nas ciężko znaleźć bez jaja. Obok rzeczy nas niespotykana - zeleninove lupinky czyli chipsy z obierek buraka, selera i rzepy, z odrobiną soli. Dobre!


Kolejne miasto na trasie to Ołomuniec. Cudowne. Puste, piękna starówka, wąskie brukowane uliczki, wspinające się stromo w górę i opadające na dół. W końcu padał deszcz! Mieliśmy tam sporo ciekawych przygód, między innymi biegliśmy chowając się przed ulewą od bramy do bramy, w końcu schroniliśmy się po daszkiem jakiegoś kiosku, gdzie znaleźliśmy dwie korony, co poprawiło nam humor, ale końca nawałnicy nie było widać. Rafał stwierdził, że gdybyśmy mieli przynajmniej karton, moglibyśmy użyć go jako parasola i pobiec. W tym momencie odwróciłam się...i znalazłam karton. Jak w filmie.
Pobiegliśmy do chińskiego bistro, gdzie przeczekaliśmy deszcz. Tam też rozmawiałam z Chińczykiem po czesku, zamawiając nudle bez masa.

Z pomnikiem żółwia wiąże się kolejna historia. Nie zwierzałam wam się z tego do tej pory, ale bardzo boję się żółwi i, mimo że nie mam z  nimi w życiu styczności, uważam je za antypatyczne. Ujrzawszy ten pomnik zapragnęłam jednak pokonać żółwia i wleźć mu na grzbiet, chociaż inni turyści przezornie robili zdjęcia tylko się o niego opierając. No i co? No i żółw zemścił się srodze za taką zniewagę, okazało się bowiem, że jego skorupa jest pokryta małymi żółwikami z mosiądzu, które rozdarły mi sukienkę i zaczęły ranić gołe nogi, tak że nie mogłam zejść i narobiłam krzyku żądając by Rafał natychmiast mnie zdjął...

Na ołomuńskiej starówce.


Green Bar, ul. Ztracena. Natknęliśmy się tam na ciekawą formę organizacji baru, z którą w Polsce zetknęłam się tylko w Ikei - bierze się tacę, miskę, talerz i chodzi w koło, nalewając i nakładając to, na co się ma ochotę, a na końcu jest kasa i pani z wagą, ważąca ile gram sobie nałożyliście. Na zdjęciu kapuśniak z tofu, ziemniaki z marchewką, sałatka fasolowa, cieciorka w curry i ryż po indyjsku oraz napój sojowy.


Hranice na Morave, małe miasteczko na Morawach, nad rzeką Beckvą.

Na dworcu kupiłam sobie coś o nazwie cokokava - to kawa z odrobiną kakao ( na wodzie). Nie był to najlepszy pomysł, zwłaszcza że zapomniałam wcisnąć przycisk s cukrom...


Czekolada gorzka z migdałami, a w tle Lukullus, niemiecki krem do smarowania wafli, pyszny jedzony po prostu łyżeczką.

 

I na koniec cerstve bagety ...wiem, że nie ma się co śmiać z obcych języków, bo są po prostu inne od naszego i tyle, ale czeski fascynuje mnie od dawna, nawet ze 12 lat temu dostałam się na bohemistykę, studiów nie podjęłam i może szkoda. Jednak nie mogłam powstrzymać uśmiechu na widok napisów typu denne cerstve pecivo ( niezła reklama świeżych bułek).

To już chyba koniec relacji. Kolejne kierunki podróżnicze to Praga i Tallin.

piątek, 3 sierpnia 2012

Weganka na Słowacji i w Czechach - cz.II

Aparat rozładował mi się właśnie, gdy próbowałam przesłać resztę zdjęć z Czech, więc na razie służę porcją gastro-pocztówek.


Pyszne wegańskie lody na patyku, dostępne tanio w całych Czechach, około 15 koron. Smakują jak te owoce homogenizowane, które można u nas kupić w kubeczkach, ale są lepsze, bo oblane czekoladą, z którą kwaskowaty smak genialnie się komponuje. Truskawki były dobre, ale maliny to niebo w gębie. Są też w sprzedaży leśne płody czyli sorbet o smaku owoców leśnych, przepyszny.

Birell, smaczne piwko bezalkoholowe.


Kofola wiśniowa, lepsza nawet, niż Dr Pepper!


I na koniec bublinkovy caj czyli modna ostatnio bubble tea. To zimna herbata z sokiem i perłami tapioki, może być na mleku lub bez, ale dla wegan tylko bez, bo sprzedają tylko na krowim, niestety. Bubble tea pochodzi z Tajwanu i w Azji jest tanim napojem, sprzedawanym na ulicznych straganach. W Polsce, jak każda hipsterska nowinka, kosztuje jakieś chore pieniądze, chyba 13 zł za kubek - i jest tylko jeden punkt, w Warszawie na Chmielnej ( i chyba jeszcze jeden na dworcu). Tymczasem z przyjemnością stwierdziłam, że w Czechach w wersji bez mleka kosztuje ona...25kc, czyli 4 zł. Jak to smakuje? Jak ice tea z sokiem. Piłam liczi, które było zbyt wodniste, i borówkową, która była przepyszna i spełniła moje oczekiwania. Atrakcją są perełki tapioki i owoce na dnie kubka, które wssysa się przez specjalną szeroką słomkę. Dobre na upał.

czwartek, 2 sierpnia 2012

weganka na Słowacji i w Czechach - cz.I

W końcu po ośmiu dniach podróży, spaleniu się na ( wegański) skwarek i wielu ciekawych przygodach dotarłam wczoraj wieczorem do Warszawy, a dziś do Torunia, skąd jutro wracam do stolicy już na czas nieokreślony. Mam dla was mnóstwo zdjęć i anegdot, więc do biegu, gotowi, start!

Czechy i Słowacja to świetne kraje do podróżowania - tanie połączenia kolejowe, w sklepach tofu, natierki i pomazanki, czyli pasztety sojowe i warzywne, jogurty sojowe i ryżowe lokalnych firm, mnóstwo bezalkoholowych piw smakowych, nie mówiąc już o tanich alkoholowych, jeśli ktoś pija...Niestety, dostępność tych produktów w sklepach ( i to dosłownie każdym, nawet zadupiastym, zwłaszcza na Słowacji) nie przekłada się zupełnie na ich dostępność w restauracjach. Kuchnia czeska to mięso z mięsem - wegetarianizm kojarzy się tam z serem smażonym, a weganizm chyba jeszcze do knajp i hospod nie dotarł. W karcie mamy dania bez masa, co często oznacza ser smażony z frytkami lub ziemniakami, lub, jeszcze lepiej, ser z...szynką czy salami. Na straganach dostępne są oczywiście surowe owoce czy warzywa, ale sałatka to zazwyczaj mięsne kawałki zalane majonezem. Najszerzej dostępnym warzywem są...frytki.

Mimo to udało mi się kilka razy dobrze zjeść, choć w porze obiadowej dostawałam paranoi, że znów nic, oprócz  frytek, dla mnie nie będzie, a po kilku dniach chęć na surowe warzywa budziła mnie we śnie...Z dostępnych produktów kombinowaliśmy wegańskie śniadania, obiad zaś zawsze był wyzwaniem - ale gastroturyści zawsze sobie poradzą.

Część pierwsza dotyczy Bratysławy.




Jako wielka fanka dworców nie omieszkam oczywiście pokazać autobusovej stanicy. Dworzec kolejowy, czyli hlavna stanica, to totalny old school, połowa lat 90. ( Rafał, który był tam w 1995, mówi, że nic się nie zmieniło), ale w hali na przenośnym stoisku udało się kupić panierowany kalafior na tacce za 1,30 euro, a obok, w sklepie o nazwie suche płody ( które nie są tym, co myślicie, tylko orzechami, suszonymi owocami itp.) 10 dag ostrych orzeszków w wasabi.

Trolejbusem dotarliśmy do hostelu, a następnego dnia zjedliśmy pierwsze z serii pysznych śniadań - bagietki, oliwki, pasztet z wędzonego tofu i jakiś drugi o ostrym smaku, pomazankę paprikovą, czyli hit podróży, coś pomiędzy ljutenicą a ajvarem, oraz wegańskie wafle Cell Hope. Zapiliśmy to czarną kawą z automatu ( 0,30 euro), Schlossgoldem bezalkoholowym w małej puszce ( kocham małe puszki!) i kolejnym cudem, czyli...ciemnym piwem bezalkoholowym. 


Panował nieopisany upał. Przez osiem dni ani razu nie musiałam włożyć bluzy... Niestety źle znoszę słońce, poparzyło mnie i musiałam kupić panthenol. Fajne było natomiast to, że w mieście jest dużo fontann, czasem w kompletnie nieoczekiwanych miejscach, i można było się ochłodzić i pomoczyć stopy.



Zimne piwa, z którymi paraduję, są oczywiście nealko, i jest ich ogromny wybór, także smakowych, np.Birell limetka z maliną, cudowne .




A tu już Dunaj. Nad rzeką jest spacerowe nabrzeże, ale panował skwar niewyobrażalny. Na tym etapie marzyłam o parku i cieniu.


 Widok na zamek.


Kofola, napój, którego sądziłam do tej pory, że nie lubię z powodu ziołowego smaku, ale podczas tego wyjazdu mi zasmakował, zwłaszcza na zimno. Jest tyle wariacji, że każdy znajdzie coś dla siebie - kofola czereśniowa, wiśniowa, extra bylinkowa, czyli jeszcze bardziej ziołowa, bez cukru, z guaraną i cytrynowa...podobno widziano też waniliową, ale ja się nie spotkałam.

I w końcu normalny obiad, czyli ryż, warzywa, sosy - w krishnowskiej knajpce Govinda na ul. Obchodnej 30.  Za niecałe 10 euro oboje bardzo się najedliśmy, można brać dokładki. Ta biała sałatka z tyłu nie jest wegańska, to bar wegetariański, a płaciło się za zestaw dnia i pani nakładała każdemu to samo - ale talerz ma podziałki, więc nic się nie pomieszało i po prostu tego nie zjadłam. Na stole czeka na każdego dzban zimnej wody z cytryną, a w tle lecą mantry.


To chyba najlepszy obiad podróży...Jutro ciąg dalszy, czyli kilka miast w Czechach.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...