sobota, 21 lipca 2012

cukinia po indyjsku i granola

Plan na wieczór to wpitolić miskę hummusu, założę się, że lepszych planów na sobotę nie macie, no chyba że ktoś ma miskę jagód z bitą śmietaną sojową, to wtedy przepraszam.

Obiad z dzisiaj, pierwszy własnoręcznie ugotowany po chyba tygodniu jedzenia kanapek, żarcia berlińskiego i surowych owoców.

Cukinia po indyjsku

duża cukinia
1 cebula
kilka pomidorów lub puszka przetartych
pół kostki creamed coconut ( może być kilka łyżek mleka koko)
kurkuma, kolendra, pav bhaji masala, sól, czosnek

Dusić do miękkości. Do tego ziemniaki w mundurkach z koperkiem i prosta sałatka - pomidor, ogórek, surowa cebula.


Zainspirowana Drugim Obiegiem postanowiłam zrobić tortille z fake meat i świeżymi warzywami. Tortille kupne, choć umiem robić, ale trochę z tym roboty jest ( oczywiście domowe lepsze). Nadzienie to :

kotlety sojowe ugotowane w przyprawie kebab-gyros, obsmażone i pokrojone w paski
oliwki zielone
czerwona papryka-paski
ogórki zielone
pomidory

Do wnętrza gorącej tortilli wkładamy sos musztardowy lub sambal, na to kotlet i warzywa, zawijamy. Na górę prosty i pyszny

Sos fasolowy

puszka czerwonej fasoli
przyprawa do kuchni meksykańskiej
olej, woda
czosnek

Zagotować na małym ogniu i zblendować.


Drugie śniadanie - chleb na zakwasie z pasztetem warzywnym z oliwek ( Rossmann ostatnio rządzi, pojawiło się też mleko ryżowe bio o smaku waniliowym za 5,99) i granola truskawkowa Sante z jogurtem sojowym naturalnym Joya.


środa, 18 lipca 2012

weganka w Berlinie

Po dłuższej chwili milczenia powracam niewyspana, ale szczęśliwa z nowymi historiami. Poniedziałek i wtorek spędziłam z koleżanką w Berlinie. Znam to miasto całkiem nieźle, o ile można mówić o "znaniu" tak wielkiego miasta, wiec wyprawa miała typowo gastroturystyczny oraz szwendający się charakter, bez zwiedzania żelaznych punktów, choć nie odmówiłyśmy sobie spaceru nad Szprewą i obejrzenia Checkpoint Charlie. Ale przede wszystkim miałyśmy swoją listę, a na niej wegańskie kawiarnie, jadłodajnie i sklepy.

Wyprawa była dość spontaniczna i bardzo tania - załapałyśmy się na bilety na polskiego busa za 4 zł od osoby, a na cały wyjazd wzięłam 30 euro. Oczywiście nie będę wam wciskać, ze taka kwota starczy na wszystko, czego się zapragnie w tym mieście, bo Berlin tani nie jest - ale tani autobus i  nocleg u dawnego przyjaciela w hausprojekcie pozwoliły zaoszczędzoną kasę wydać na poznawanie stolicy Niemiec od wegańskiej strony.

Z góry przepraszam, że na większości zdjęć będę po prostu napychać się żarciem, bądź będzie tam samo żarcie, beze mnie...


Ruszamy z Torunia po 22. Już na stacji niespodzianka, bo okazuje się, że na pociąg, który chcemy złapać w Bydgoszczy, nie ma już miejscówek. Nie jestem fanka pociągów z rezerwacjami, ale taki był jedynym sposobem nocnego dojazdu do Poznania - cały watek pociągowy po polskiej stronie granicy ograniczę do nośnego hasla nienawidzę PKP. Pojechałyśmy do Bydgoszczy i półtorej godziny tkwiłyśmy w barze dworcowym, czekając na pociąg widmo, w którym konduktor miał zadecydować, czy nas zabierze. Prewencyjnie PKP zaopatrzyło nas już w Toruniu w karteczkę, że zostałyśmy pouczone, iż biletów nie ma.





Udało się wbić na korytarz i przestałyśmy tak 2,5h. Pociąg Rozewie relacji Hel-Jelenia Góra na zawsze pozostanie w mej pamięci. Wóda, pijani ludzie, chamski konduktor, opóźnienie i inne atrakcje. Zabijałyśmy czas układając piosenki z rymem do słowa rozewie, a wcale niełatwo taki rym znaleźć, spróbujcie.

Jeszcze tylko godzina oczekiwania na polski bus na dworcu Górczyn o szalonej porze miedzy 3 a 4 rano, z pieczonymi ziemniakami przygotowanymi przez Klaudie, i już o 4.50 ruszyłyśmy do Berlina, gdzie dotarłyśmy o 9.

Skrót pysznych wegańskości :


Jedyny w Europie całkowicie wegański supermarket w Prenzlauerbergu. Kiedy weszłyśmy powiedziałam Klaudii, że to jedna z najpiękniejszych chwil w moim życiu, przesadzałam oczywiście, bo mam nadzieje, ze te najlepsze chwile jeszcze przede mną, ale niewatpliwie był to najciekawszy sklep z odpowiednia dla mnie żywnością, jaki widziałam.


Oto nasze zakupy - Cheezly, jogurty, bita śmietana w spray Soyatoo, wafelki tureckie smakujące jak w mlecznej czekoladzie, lody So Delicious, krem czekoladowo-pomarańczowy...


Dumna prezentacja śmietany.


Klaudia wsuwa lody.



I wizyta w Vego Food world, stricte wegańskiej knajpie słynącej z vegan burgerów. A oto i one!


K. jadła seitanowego, a ja bacon cheesburgera z remuladą, którą uwielbiam. Nie zamówiłam frytek, bo jak na moją kieszeń było drogo, ale widząc je na talerzach innych klientów żałowałam - wyglądały domowo i smacznie. Burger kosztuje 4,30 Euro, z frytkami chyba 6.


I mango lassi na mleku sojowym. W Polsce można dostać tylko na krowim.


Trochę zwykłej turystyki.


Kulturforum, upał, odpoczynek, bo plecak ciąży, noc nieprzespana też...




Lubie schematy metra, w ogóle lubię metro.

Matka Boska Punkowa, Kreuzberg.


Tak, wiem, że wyglądam jak wielki kondom, albo ci ludzie, którzy czyszczą plaże z toksyn...



Pokój, w którym spałyśmy - Hermannplatz.



I hausprojekt.

poniedziałek, 9 lipca 2012

lato w mieście i kawiarnia Drugi Obieg

Od czwartku do dziś znów w rozjazdach, i taka też zapowiada się reszta lipca oraz lwia część sierpnia. Uwielbiam, choć upał nieziemski, stopy mam opalone już we wszelkie konfiguracje śladów po japonkach i czeszkach, ropieje mi ucho od nowego kolczyka i przez weekend zgubiłam nieprzeczytany kryminał i fajne koronkowe majtki.

A tu uroczy mural z Grochowskiej, w drodze do kawiarni, o której dziś napiszę.


Rożki Naturattiva, zabuliłam jak za zboże ( ciekawe, skąd to przysłowie, czemu zboże ma być szczególnie drogie?), ale warte swej ceny. Lekkie, delikatne, nieprzesłodzone, pierwsze waniliowe lody od lat!

Drugi Obieg to kawiarnia wegańska...o której dowiedziałam się z Facebooka. Co by nie mówić o tym medium i jakich by kalumni nie rzucać, pomaga ono jednak informacji dość swobodnie cyrkulować. Lubię czytać, co Kwadrat, Vege Miasto czy inne kawiarnie danego dnia mają w jadłospisie, łatwiej też dopytać o skład czy ceny.


Kawiarnia znajduje się na Grochowskiej 355, niedaleko Teatru Powszechnego. Są to rewiry, w których do tej pory mieszka część mojej rodziny i czuję się tam swobodnie, bo jest miło, niewymuszenie, małomiasteczkowo wręcz, niehipstersko, jak w dzielnicy, w której obecnie mieszkam - ale zastanawialiśmy się, czy przetrwa knajpa stricte wegańska w takiej okolicy...Na razie ma mnóstwo czasu na rozwój, bo powstała dwa tygodnie temu, więc łaźcie, wspierajcie i pomagajcie, warto.


Wnętrze w moim stylu, czyli na czysty skłot. Jest miło, pomalowane itp. ( polecam lawendową ubikację!), ale meble stanowią ciekawą dla oka anarchistyczną zbieraninę staroci, w drugiej sali jest tylko jeden stół w stylu późny Gierek z błyskiem, na ścianach wisi wystawa zdjęć, jest też ciekawa konstrukcja, nie wiadomo, czy to blat do jedzenia, czy miejsce do posadzenia pośladków, o takie coś :


No ale co można zjeść, zapytacie?
Dwie osoby wydały 28 PLN i posiliły się dwiema tortillami z seitanem i świeżymi warzywami ( naprawdę smaczne, acz brakuje jakiegoś sosu na wierzch), koktajlem jagodowym i mrożoną herbatą jabłkowo-cytrynową. Wszystko robi na miejscu miły chłopak, a koktajle są na DIY mleku sojowym.



piątek, 6 lipca 2012

Himalaya Momo - tybetański bar

Mam nowe hobby, mianowicie poznawanie Warszawy. Sprawa jest skomplikowana, bo to miasto, w którym się urodziłam i wychowałam, a jednocześnie wcale go prawie nie znam, bo mieszkałam tam tylko do czwartej klasy podstawówki włącznie. Nie jest to dla mnie całkowita carta blanca i czasem idąc czy jadąc tramwajem znienacka odnajduje kawałek krajobrazu sprzed lat, ale mnóstwo rzeczy jest nowe.
Wyciągam R. na eksploracje nowych miejsc, jadłodajni. Oboje lubimy snuć się bez celu komunikacją miejską, przedzierać przez krzaki i jechać na koniec miasta bo tam podobno dają dobre coś tam.


Jednym z moich ulubionych rodzajów turystyki jest gastroturystyka, oczywiście. W lipcu czeka mnie Berlin, Bratysława, Brno, Ołomuniec, Ostrava, Czeski Cieszyn, i rzecz jasna dalsze poznawanie naszej zaskakującej stolicy.



Wczoraj wybraliśmy się ze znajomymi na kolacje do Himalaya Momo na Ząbkowskiej, na Pradze. Rafał jadł podobne jedzenie na jesieni, będąc w Himachal Pradesh, czyli jednym ze stanów Indii, sąsiadującym z Tybetem. Ja za czasów studenckich często bywałam w Momo Barze w Krakowie, kiedy mieszkałam w sąsiedztwie. Postanowiliśmy udać się wiec na pierożki momo, wcześniej dopytawszy mailowo, czy są wegańskie.




Pierwsze wrażenie? Na zdjęciach tego nie widać, ale bar jest malutki. W środku są dwa stoliki, na zewnątrz w ciepłe dni jeszcze dodatkowe dwa. Wnętrze jest sympatyczne, pani kelnerka uprzejma, a przez otwór w drzwiach do kuchni widać, jak na zapleczu uwija się dwójka Tybetańczyków. Wszystko jest świeżo przygotowywane, wiec na zamówienie trzeba czekać 20-30 minut. Z zaplecza dobiega rytmiczny odgłos siekania warzyw, które są na bieżąco smażone.


A tu już momo we własnej osobie - gotowane na parze delikatne pierożki wypełnione kapustą pekińską, marchewką i czymś jeszcze, podawane z gęstym sosem sezamowym.

Onion pakora, czyli cebula w cieście. W karcie były jeszcze dania warzywne z ryżem, np. chana masala, były też samosy, alu parantha, papadamy i kilka rodzajów lassi, ale na mleku krowim. Acha, knajpa podaje niestety mięso, jest przewaga opcji bez niego, ale nie jest to miejsce wegetariańskie.
Cenowo wyższe stany średnie - za dwie osoby, które zjadły dwie porcje momo, jedną zupę, jedno lassi i dwa desery 58zł. Nie jest to wiec na pewno miejsce, na które stać nas na co dzień. Jeszcze pewnie kiedyś się wybiorę, bo pożądam samos i alu paranthy w wersjach innych, niż robione przeze mnie.

środa, 4 lipca 2012

Jagodzianki jagodzianki

Zapas śmietnikowych drożdży się kończy, ale zostały jeszcze ze dwie kostki. Chciałam upiec coś pysznego koleżance, która naprawiała mi laptopa; najpierw miał to być biszkopt z galaretką, bo za tym każdy/a szaleje, ale potem stwierdziłam, że może coś sezonowego, na biszkopt jest czas cały rok, a na letnie owoce nie.
Poszłam na targ, a tam!...absolutna obfitość wszystkiego, można patrzeć i wąchać godzinami. Jagód widać nie było, więc kupiłyśmy z siostrą truskawki i maliny, coraz bardziej tracąc nadzieję, ale pomimo upału zachęcałam do przejścia całego targu, nawet najmniejszych alejek, bo na końcu na pewno będzie baba z jagodami. Nakupiłyśmy innych owoców i dochodziłyśmy już do bramy wyjściowej, a tam...baba z jagodami, i to profesjonalna, ze słoikiem, którym nabierała jagody, sprzedająca je na litry.

Tak więc zapraszam na najbardziej jagodowe jagodzianki, z pocukrzonym nadzieniem i kruszonką, debiut, ale bardzo udany, oby więcej takich wypiekowych debiutów...


Przepis zaczerpnęłam z bardzo często aktualizowanego bloga http://badzweganinem.blox.pl

                                                    Jagodzianki jagodzianki  

1/2 kg mąki
1 kostka drożdży
1/3 szklanki oleju
cukier ( żeby drożdże ruszyły i trochę do jagód, do ciasta nie dawałam)
2 szklanki jagód
letnia woda

Drożdże rozpuścić z letnią wodą, cukrem i odrobiną mąki, rozmieszać w misce, przykryć, opuścić kuchnię i wysłuchać jednego utworu Drip of Lies, czyli mają rosnąć około 5-6 minut. Wrócić, dodać olej i resztę mąki, wyrobić ciasto na gładkie i lśniące, dolewając w miarę potrzeb wody. Ma się utworzyć zwarta kula, którą gnieciemy przynajmniej 10 minut pięścią i wnętrzem dłoni, jak nasze prababki miały w zwyczaju. Nakrywamy czystą ścierką - albo jaką podleci - patrzymy, czy nie ma przeciągu i zostawiamy ciasto na ok. godzinę, może być 50 minut.
Po tym czasie łączymy jagody z cukrem, ciasto ponownie wyrabiamy, ale to już tak pro forma, z minutę, formujemy placuszki, w środek każdego kładziemy łyżeczkę jagód i sklejamy w okrągłe bułeczki.

Kruszonka : cukier, olej, mąka, z przewagą mąki.

Pieczemy 15-20 minut na 180C. Uwaga, rosną! Z takiej porcji ciasta wychodzi 12 pachnących bułeczek.


Naprawdę bardzo was zachęcam do upieczenia podobnych bułeczek.

Co poza tym słychać?
Ano wygrałam konkurs na przepis na danie dnia w Karrotce. Moje kotleciki pojawią się w jadłospisie już niedługo, a nagrodą było 100zł do wydania w tym barze. Jako że Karrotka jest tania, byłam tam już dwa razy, w tym raz z siostrą i nawet nie doszłam do połowy tej sumy. Zacna nagroda! Bardzo się cieszę.

A to nasze mussaki z sałatkami i sok pomarańcza-brzoskwinia-ananas, pyszny.


Na koniec iced masala chai w Kona Coast Cafe.

poniedziałek, 2 lipca 2012

Najupalniejszy weekend roku

Chyba jak do tej pory w tę sobotę i niedzielę było najgoręcej, przypadkowo słyszałam na ulicy, że 37 stopni w cieniu. Co się robi w taką pogodę?
Czyta "Taniec ze smokami". Je ( rzecz jasna). Pije zimne napoje. Ledwo się śpi, bo za gorąco, a druga osoba w łóżku działa jak dodatkowy koc elektryczny. Poci, kąpie trzy razy dziennie i wciąż czuje nieświeżo.


Obiad u znajomych pod Warszawą, w ogrodzie, z psami, kotem i szczurami oraz świnkami morskimi. Ziemniaki, sałatka ( zaczynam się przekonywać do znienawidzonego połączenia pomidory plus surowa cebula), starte rzodkiewki i sosy przywiezione przez Rafała z Indii ( pav bhaji i dal fry). Boskie - ostre i pyszne.


Upał nastraja średnio, włosy za ciężkie, twarz się klei, nagła burza z gradem przy stacji Warszawa Gdańska sprawia, że mam nogi po kolana w błocie i ślizgam się w gumowych klapkach jak na wyścigach bobslejowych...Pozostaje bób, pyszny zielony, ugotowany bób, balkon otwarty na oścież, chałwa z Ukrainy, "Alienista" i czekanie na wiatr.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...