sobota, 22 grudnia 2012

weganka w Pradze - część 1

Uwielbiam podróżować. Banał, niby wszyscy lubią, ale ja lubię naprawdę, tak mocno, że nie straszne mi przeprowadzki kilka razy do roku, zmiana otoczenia, ciągłe pranie, pakowanie, nowe bodźce. Podróż jest dla mnie stanem bardziej naturalnym, niż gnicie w domu, nie boli i nie przeraża; pomimo trudności organizacyjnych i czasami kiepskich warunków nie żałowałam do tej pory żadnego wyjazdu ( vide rok 2008, czekanie 22h na stacji benzynowej na stopa w górach Swarztwaldu, bez snu, prawie bez jedzenia, i konstatacja ale będzie co wspominać!). Uważam, że warto pojechać absolutnie wszędzie i że warto pojechać kolejny raz.
To tytułem wprowadzenia, dlaczego do Czech staram się jeździć często ( miałam zasadę Czechy przynajmniej raz do roku, ale po przeprowadzce z Krakowa na północ kraju trochę się opuściłam) i dlaczego nie nudzi mnie zwiedzanie Pragi po raz chyba szósty. Wiecie dlaczego? Bo nie zwiedzam w stylu turystycznym a la wycieczka zorganizowana, nie zwiedzam też w stylu amerykańskich backpackerów z przewodnikiem Lonely Planet pod pachą i z kawą w tekturowym kubku, droższą, niż mój dzienny podróżniczy budżet. Schodzę z wytyczonych szlaków, nie pcham się do obleganych muzeów, a na starówki miast wystarcza mi kilka godzin, resztę podróży poświęcam za to na prawdziwe miasto. Nie jestem może takim hard core'm, żeby nie pójść obejrzeć piramid egipskich, gdybym miała je pod nosem, albo zignorować Taj Mahal ( a wiele wskazuje na to, że miałabym szansę, bo rok 2013 będzie prawdopodobnie rokiem mojej podróży do Indii i na Sri Lankę) , ale fascynuje mnie codzienne życie miasta, tramwaje, odległe dzielnice, słuchanie lokalnego języka, a nie angielskiego na zmianę z niemieckim, a nie jedzenie obiadu po zawyżonych cenach dla turystów.


Szukając noclegu, nie wpisujemy z R. nigdy w wyszukiwarkę "hostel plus nazwa miasta", bo to da wyniki w stylu backpackerskich hoteli w centrum, z lejącym się piwem i drącym japę po nocy towarzystwem oraz cenami w ciężkich euro. W Czechach i na Słowacji szukamy noclegów przez http://www.levneubytovani.net/, czyli tanie zakwaterowanie. Tym razem zdecydowaliśmy się na hotel robotniczy na Zizkovie, wielki budynek z lat 70. z wystrojem w stylu późny Gierek, byliśmy tam jedynymi turystami, reszta ludzi to po prostu pracownicy mieszkający tam na co dzień, chodzący w kapciach itp. Za rozsądną cenę mieliśmy garsonkę, czyli pokój z łazienką i kuchnią, o niskim standardzie i brzydkim wystroju, ale sami, tanio, a poza tym właśnie w miejscu, w którym chcieliśmy się znaleźć - daleko od zgiełku turystycznego, daleko od wytyczonych przez przewodniki szlaków, w normalnej dzielnicy, gdzie obok można kupić warzywa, iść na piwo do lokalnej knajpy w sąsiednim budynku ( a knajpy w Czechach łączą społeczeństwo - w naszej osiedlowej siedzieli starsi panowie, typowi Czesi z piwkiem i fajką, punkowcy z dredami, studenci i zabłąkani Amerykanie).



Dużo jeździliśmy metrem i tramwajami. Nasz ulubiony sposób zwiedzania polega na dojeździe do jakiejś stacji i wyjściu na powierzchnię po to, by zobaczyć okolicę, połazić między blokami czy kamienicami, porobić zdjęcia.






 

Panelaky, czeskie bloki z wielkiej płyty.

Cudowne widoki z Zizkova. Trudno opisać jak bardzo podobała mi się ta dzielnica, pełna wąskich, wybrukowanych, ostro nachylonych uliczek i kamienic. W Pradze miasto, miasto w pierwotnym sensie, ciągnie się kilometrami - można jechać wiele stacji metra, wysiąść i nadal widzieć kamienice, place, parki, a nie deweloperskie bloki.


I łażenie wokoło, z mapą i bez mapy, aż nogi rozbolą i trzeba usiąść.


Ujęcie, które robię w każdym zwiedzanym mieście - Magda w wąskiej uliczce;)


Karluv Most, trochę oficjalnej turystyki. W grudniu było tam znośnie, latem nie można się przecisnąć przez tłumy spacerujących i sprzedających tandetne pamiątki.


Pusta knajpa poza sezonem. Miasto zrzuca na chwilę maskę nowoczesnego, czeka z liftingiem do maja.


Odpoczynek na zjedzenie pieczonych kasztanów. Nie polecam, smakują jak ziemniaki z cukrem pudrem, a tanie nie są ( 50kc).


Czechy to jeden z najbardziej zateizowanych krajów na świecie. Nie widać kompletnie tego szału na święta ( po czesku vanoc), czasem stoi jakaś choinka, sprzedawane są ( niestety) karpie z wielkich kadzi na ulicach, ale nie ma tej polskiej napinki, migoczących centrów handlowych, nie słyszałam ani jednej kolędy, nie widziałam nikogo rozdającego coś w przebraniu mikołaja.
Tutaj stoisko z kasztanami na wagę ( 9kc/100g) i barwionymi gałęziami, które zwyczajowo kupuje się i wiesza w tym okresie.
Lubię świąteczny nastrój, ale bez podsycania go komercją na wszelkie sposoby, a wydaje się, że ostatnimi laty święta i komercja idą ręka w rękę. Miło było od tego widoku odpocząć, zwłaszcza, że pogoda była iście wiosenna, wręcz marcowa ( 6-10 stopni na plusie, zero śniegu, rozpięte kurtki, żadnych czapek).


Kirkut na Zizkovie, ulica Fibichova. Zabytki żydowskie i synagogi są w Pradze bardzo drogie do zwiedzania, udało mi się jednak odnaleźć mały kirkut na uboczu, o którym Lonely Planet chyba zapomniało, bo kosztował 60kc i spotkaliśmy tam tylko jedną parę z Izraela.




Zastavka. Czekamy na tramwaj do metra.



Metro Skalka, zwiedzanie blokowiska.

Moim ulubionym metrem nadal jest berlińskie, ale praskie goni je w rankingu.


Lubię fakt, że w Czechach nadal pozostało dużo małych sklepików i lokalnych rzemieślników, a nie jak u nas, gdzie miasto zdominowane jest przez banki, duże sieciowe sklepy, marmury hoteli i strzeżone osiedle, a wszystko to jest cienką lukrowaną warstewką na brudzie i biedzie.




W następnej części relacji będzie o jedzeniu. A jest o czym pisać! To był najlepszy pod względem kulinarnym wyjazd odkąd jestem weganką.

17 komentarzy:

  1. podziwiam chęć podróżowania zimą. ja byłam w październiku w amsterdamie i strasznie pizgało, tzn temperatura może nie była jakaś niska ale było bardzo zimno i odechciało mi się wojaży o tej porze roku ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podróżuję kiedy się da:)
      W styczniu zwiedzę Lublin, podejrzewam, że będą tam mrozy i śniegi, a w marcu do Estonii.

      Usuń
    2. mrozy to akurat lubię, jak jest -10 to jest mi zdecydowanie cieplej niż gdy jest +5 i duża wilgotność ;)
      a jeszcze dodatkowy podziw po drugim przejrzeniu zdjęć za to że tak w spódnicy latasz :D

      Usuń
    3. Ja zazwyczaj chodzę w spódnicy:) Moje pojawienie się w spodniach powoduje okrzyki znajomych, pytania i niedowierzanie "jesteś w spodniach?!".
      A żeby ci się jeszcze zimniej zrobiło - na tych zdjęciach w różowych getrach mam na sobie krótkie spodenki założone na rajstopy:) A dziś byłam w mini w sklepie, ale trochę przedobrzyłam, jest -12.

      Usuń
  2. Oglądając tą fotorelację mam ochotę się spakować i tam pojechać. Uwielbiam takie miejsca, bez tłoku, wyglądające na "stare i opuszczone", zupełnie jakby czas się zatrzymał. Co do świąt to nie cierpię tej sztucznej świątecznej atmosfery i udawania, że wszyscy się kochają, a świat jest wspaniały. To takie przykre, że przez kilka dni w roku ludzie potrafią być dla siebie mili, a przez całą resztę są sku*wielami...
    GoHa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedź, jedź, warto jeździć:) Polskim busem zapłaciłam 120zł za dwie osoby w dwie strony, czyli trzy dychy za bilet, tak na zachętę.

      Usuń
    2. No powiem Ci, że teraz to już nie czuję się zachęcona, a napalona xD Z dużym wyprzedzeniem zamawiałaś bilet?
      GoHa

      Usuń
    3. Tak, chyba w październiku. Najlepiej zamawiać na dzień powszedni, jeśli masz taką możliwość, żeby jechać poza weekendem, bo wtedy dużo taniej, no i taniej kursem dziennym ( ale nocnym pewnie wygodniej, bo dojeżdżasz na rano i od razu idziesz zwiedzać - my, jadąc dziennym, byliśmy w Pradze o 19).

      Usuń
  3. Jak można nie lubić pieczonych kasztanów? Ja je uwielbiam :D
    Dobrze, że Ci się wyjazd udał. Ja marzę o zwiedzeniu Pragi, może wreszcie mi się uda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja lubię, o ile można powiedzieć że lubi się coś co jadło się raz w życiu ;) w mediolanie jadłam i chyba nawet nie były jakieś mega drogie, we wrocławiu na jarmarku są chyba po 10zł za małą porcję :P

      Usuń
    2. Do tej pory jadłam kilka razy krem z kasztanów, ten francuski Bonne Maman i jeszcze jakiś belgijski - oba mi nie smakowały, mdłe i słodkie. No i w końcu spróbowałam kasztanów i smakują podobnie:) Zjadłam swoją porcję, ale bez zachwytów.

      Usuń
    3. Ooo, ja jadę ostatnio na kremie kasztanowym w chwilach smutku;) uwielbiam!
      Świetne zdjęcia! Najbardziej podoba mi się to, na którym siedzisz na ławce:)
      Ni i Žižkov...jak tylko wybiorę się następnym razem do Czech, to zwiedzam Žižkov! i Libeň śladami pana Hrabala:)

      Usuń
    4. Polecam jeszcze dzielnicę Bubenec. Pokażę zresztą więcej zdjęć w "jadalnej" części relacji.

      A ty dawaj fotki z Lyonu!:) Fajnie było?

      Usuń
  4. Tak się składa, że Czechów mam na wyciągnięcie ręki- mieszkam w mieście granicznym, który niegdyś był jednym miastem i może właśnie to sprawia, że Czesi są mi znani głównie z tej złej strony. W każdym razie zazdroszczę Ci korzystnych warunków, ja łaziłam cały dzień z załądowanym plecakiem przy temperaturze -8 stopni. Jeżeli chodzi o święta, to zdziwiłaś mnie, bo ja nawet na obrzeżach widziałam ustrojone choinki, światełka i kolędy, ale co ciekawe w domach ciemno i żadnego świątecznego ekshibicjonizmu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mówię, że wcale tego nie ma, nawet w wietnamskiej restauracji natrafiliśmy na choinkę - ale w porównaniu z polskim szałem naprawdę jest różnica.

      Usuń
  5. Rzeczywiście aż się chce jechać. I w ogóle fajny bloguś, taki niewymuszony, sympatycznie się czyta, gratuluję :)
    Też kocham Czechów za kompletny brak nadęcia, ale muszę trochę zaoponować, co do braku przedświątecznych przygotowań, bo przecież jak inaczej nazwać pieczenie w domu "vanocniho cukrovi"? Yyyy, znaczy oczywiście... kto piecze ten piecze, nooo, niektórzy zbierają się późno, ale mamy, babcie i teściowe zawsze na posterunku :) Normalnie idą na to tony masła i kopy jaj ale weganie już zweganizowali to i owo :)

    OdpowiedzUsuń

Kochane i kochani, bardzo proszę o podpisywanie się imieniem lub ksywą pod komentarzami. Jest ich sporo, i czułabym się lepiej wiedząc, kto pisze oraz czy kolejny/a "anonimowy" to wciąż ta sama osoba, czy może już inna. Dziękuję:)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...