piątek, 6 lipca 2012

Himalaya Momo - tybetański bar

Mam nowe hobby, mianowicie poznawanie Warszawy. Sprawa jest skomplikowana, bo to miasto, w którym się urodziłam i wychowałam, a jednocześnie wcale go prawie nie znam, bo mieszkałam tam tylko do czwartej klasy podstawówki włącznie. Nie jest to dla mnie całkowita carta blanca i czasem idąc czy jadąc tramwajem znienacka odnajduje kawałek krajobrazu sprzed lat, ale mnóstwo rzeczy jest nowe.
Wyciągam R. na eksploracje nowych miejsc, jadłodajni. Oboje lubimy snuć się bez celu komunikacją miejską, przedzierać przez krzaki i jechać na koniec miasta bo tam podobno dają dobre coś tam.


Jednym z moich ulubionych rodzajów turystyki jest gastroturystyka, oczywiście. W lipcu czeka mnie Berlin, Bratysława, Brno, Ołomuniec, Ostrava, Czeski Cieszyn, i rzecz jasna dalsze poznawanie naszej zaskakującej stolicy.



Wczoraj wybraliśmy się ze znajomymi na kolacje do Himalaya Momo na Ząbkowskiej, na Pradze. Rafał jadł podobne jedzenie na jesieni, będąc w Himachal Pradesh, czyli jednym ze stanów Indii, sąsiadującym z Tybetem. Ja za czasów studenckich często bywałam w Momo Barze w Krakowie, kiedy mieszkałam w sąsiedztwie. Postanowiliśmy udać się wiec na pierożki momo, wcześniej dopytawszy mailowo, czy są wegańskie.




Pierwsze wrażenie? Na zdjęciach tego nie widać, ale bar jest malutki. W środku są dwa stoliki, na zewnątrz w ciepłe dni jeszcze dodatkowe dwa. Wnętrze jest sympatyczne, pani kelnerka uprzejma, a przez otwór w drzwiach do kuchni widać, jak na zapleczu uwija się dwójka Tybetańczyków. Wszystko jest świeżo przygotowywane, wiec na zamówienie trzeba czekać 20-30 minut. Z zaplecza dobiega rytmiczny odgłos siekania warzyw, które są na bieżąco smażone.


A tu już momo we własnej osobie - gotowane na parze delikatne pierożki wypełnione kapustą pekińską, marchewką i czymś jeszcze, podawane z gęstym sosem sezamowym.

Onion pakora, czyli cebula w cieście. W karcie były jeszcze dania warzywne z ryżem, np. chana masala, były też samosy, alu parantha, papadamy i kilka rodzajów lassi, ale na mleku krowim. Acha, knajpa podaje niestety mięso, jest przewaga opcji bez niego, ale nie jest to miejsce wegetariańskie.
Cenowo wyższe stany średnie - za dwie osoby, które zjadły dwie porcje momo, jedną zupę, jedno lassi i dwa desery 58zł. Nie jest to wiec na pewno miejsce, na które stać nas na co dzień. Jeszcze pewnie kiedyś się wybiorę, bo pożądam samos i alu paranthy w wersjach innych, niż robione przeze mnie.

6 komentarzy:

  1. O, bardzo ciekawa inspiracja!
    Ja niedawno pierwszy raz jadłam samosy w Green Wayu, chyba je odtworzę w domowych warunkach ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. O super, ja wakacje spędzam w Monachium, więc mnie też czeka zwiedzanie niemieckich wegan knajp :), a w październiku zaczynam studia w Wwie, więc pewnie będę z uwagą śledzić Twoje opinie dotyczące tamtejszych restauracji!

    OdpowiedzUsuń
  3. Koniecznie muszę się wybrać - codziennie przejeżdżam obok i jakoś nigdy nie ma czasu. Tym bardziej, że bardzo lubimy kuchnię indyjską.

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo lubię MOMO, no i Pragę, bo to mój rejon :) Natomiast faktycznie ceny zachęcają raczej do okazjonalnego wpadania niż stałego odwiedzania. Jak będziesz w tej okolicy polecam przechadzkę po Koneserze, zabytkowej fabryce wódek, która znajduje się vis a vis Momo.
    A samosy, i to całkiem niezłe, są w Green Way'u, polecam wypróbowanie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jadłam samosy w Green Wayu, co prawda nie w Warszawie, ale to sieciówka, wiec pewnie wszedzie są podobne - dla mnie dupy nie urywają, za grube ciasto, niesamosowy kształt, nie przypominają hinduskich:)

      A słyszałaś o nowej wegańskiej knajpce na Grochowskiej - Drugi Obieg? Są podobno wegańskie kebaby z seitanem, ciasta i shake'i jagodowe na mleku DIY. Mam wrażenie, że jest tam taniej, niż w podobnych miejscach.

      icantbelieveitsvegan

      Usuń
  5. Fajna relacja :). W piątek przejeżdżałem przez Toruń kierując się na Lubicz. Jechałem Bulwarem i przez chwilę zastanawiałem się czy nie wbić do Karotki podładować aku, ale ostatecznie nie skorzystałem. Zdałem się na kanapki ;).

    OdpowiedzUsuń

Kochane i kochani, bardzo proszę o podpisywanie się imieniem lub ksywą pod komentarzami. Jest ich sporo, i czułabym się lepiej wiedząc, kto pisze oraz czy kolejny/a "anonimowy" to wciąż ta sama osoba, czy może już inna. Dziękuję:)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...