piątek, 28 października 2011

konsekwencja



W ostatnim czasie mam trochę przemyśleń dotyczących aktywizmu, własnego i cudzego działania, i konsekwencji w życiu codziennym oraz odbioru osób zaangażowanych przez ogół.Myślę o tym więcej, bo do tej pory działałam raczej na zasadzie odruchu przez wiele lat ( "to, co robię jest dobre, nie umiem inaczej, po co poświęcać temu wiele namysłu"), ale od niedawna napotykam na jakiś ciąg niechęci i oporu w stosunku do tego, co robię i mówię, mimo że moje metody się nie zmieniły. Coraz częściej pada słowo oszołomstwo, coraz więcej dziwnych, niby-ironicznych, podważających zasadność mojego działania i poglądów pytań...

Czy boli? Nie bardzo, bo żeby mówić pewne rzeczy trzeba mieć twardą dupę. Boli raczej ukrywany gniew i złość, kiedy kolejny raz muszę słuchać żartów o dziwnych ekologach, boli kompletny mur niezrozumienia ze strony wielu tzw. zwykłych ludzi, którym muszę setny raz udowadniać, że nie jestem wielbłądem. Boli, że krańcową eksploatację zwierząt uważa się za normalną, akceptowalną i nie do zmienienia, a próby dyskusji o tym, a nawet po prostu pokazywanie, że żyje się inaczej, że można - za zamach na ich wolność.

Nie jestem osobą, która siada do stołu z mięsożercą i zaczyna rozmowę o obrzydliwości jego posiłku ( tak szczerze, to chyba, oprócz ojca, po prostu nie jadam z mięsożercami, jakoś tak się składa, że prawie brak ich w moim otoczeniu). Nie oblewam nikogo farbą i nie truję dupy o każdy drobiazg. Cierpliwie i z uśmiechem staram się odpowiadać na pytania, które słyszałam tysiące razy, typu Co jest złego w jedzeniu jajek? Ale buty masz ze skóry? To co ty właściwie jesz?
Ok, mają prawo nie wiedzieć, zdziwić się, pierwszy raz się zetknąć z takimi koncepcjami. Jeśli ktoś chce posłuchać i podyskutować, a nie atakować na oślep, będę rozmawiała i odpowiadała na najdziwniejsze pytania, bo weganizm nie jest lifestyle'm, nie jest moją prywatną sprawą tylko, ale informacją do niesienia.
Nie mogę jednak ścierpieć płytkiej ironii i szukania dziur w moim pancerzu konsekwencji. Ludzie, którzy w danej sprawie nie robią NIC, dążą do pokazania mi, jak bardzo to, co robię nie ma sensu, jak to jedna osoba nic nie zmieni ( jaka jedna? na świecie są miliony wegan), i próbują podgryźć to z jednej, to z drugiej strony, a to o buty, a to o konsumpcję, a to o codzienne wybory, których dokonuję. Wiele razy prowadziłam podobne dialogi - No, ale na pewno nosisz buty ze skóry? Nie? A wiesz, że plastikowe rozkładają się dłużej? (tak, bo buty skórzane są jak wiadomo pozbawione całkowicie plastikowych elementów, rozkładają się niemalże w szafie!. Ale pewnie czasem zjesz coś niewegańskiego, np. na święta? A co twoi rodzice na to? A nie myślisz, że komuś robisz przykrość nie jedząc tego, co przygotował?

I tak dalej. Niektóre pytania z ciekawości, dobrej woli, zainteresowania - inne ze złośliwości, chęci ośmieszenia tej, co poświęca czas na bzdury, zamiast zająć się życiem. Tej, co nie potrzebuje telewizji, eleganckich knajp, siłowni, samochodu, tej, która świadomie mało pracuje, by mieć czas na aktywizm, tej, która bierze używane buty od znajomych i kupuje ciuchy tylko w lumpeksach, tej, która je warzywa ze śmietników supermarketów, której ideał spędzania wolnego czasu to weekend na skłocie, która nie pragnie tak wielu rzeczy, których inni pragną.

Zdziwienie - że nie zjem tego czy tego, choć na opakowaniu nie ma składu, więc przecież możesz, że nie olewam pomniejszych składników żywieniowych i tropię je na etykietach, że sobie nie odpuszczam. Że piętnuję picie i palenie fajek, bo to akcyza i testy na zwierzętach. Że nie kupię niewegańskiego kosmetyku, chociaż tani i ładny.

Nie czuję się lepsza, poczucie jakiejś wyższości moralnej nie jest w moim spectrum, nie o to w tym chodzi. W pancerzu konsekwencji każdego z nas są dziury, nie ma możliwości bycia 100% weganinem/weganką - bo przecież kleje, opony, klisze, niedługo ma być wprowadzony plastik z ptasich piór...Ale moim celem jest świadome niekorzystanie z eksploatacji zwierząt, nawet za cenę mojej wygody i czasu. To bardzo wygodne uznać, że tak już musi być. Ale to niewielki problem oddać część swoich ludzkich przywilejów i traktować pewne pokarmy, sprzęty, zachowania jakby ich nie było. Kwestia decyzji. I konsekwencji. Każdego dnia.

środa, 12 października 2011

placki warzywne, zupa jesienna kremowa

Dziś trzy szybkie potrawy z ostatnich zimnych dni. Na jesieni do mojej kuchni wracają warzywa korzeniowe, które są w Polsce zawsze tanie i wszędzie ich pełno. Niestety, owoce się kończą ( z wyjątkiem jabłek i gruszek), a pomidory i inne letnie cuda zaczęły niebezpiecznie drożeć.
Ale taka sezonowośc ma swój urok. Dobieranie potraw do potrzeb organizmu związanych z porami roku to jest to! No i ważny jest dla mnie czynnik lokalności - najlepiej jeść to, co rośnie w naszym klimacie i bez problemu możemy to kupić, wspierając lokalne rolnictwo. Mam mieszane uczucia co do bananów, avocado, ananasów, mimo że czasem je jem - ale nie latem!

Kremowa zupa jesienna

Miksowanie zup nic im nie daje pod względem odżywczym, ale osobiście sto razy wolę jeść gęstą, aromatyczną, gorącą zupę, niż cienki rosołem z pływającym z rzadka warzywem, więc - jeśli się da, miksuję i tym samym zagęszczam. Niby to samo, a inaczej...

2 marchewki
1/2 dużego selera
1 cebula
10 dag pieczarek
2 duże ziemniaki




Całą ekipę, oprócz pieczarek, podsmażamy w garnku na oleju. Po kilku minutach wlewamy wodę i gotujemy do miękkości warzyw. Ilośc wody zależy od tego, jak gęstą chcemy mieć tę zupę, można zawsze jej dolać, gdy produkt finalny okaże się taki, że łyżka stoi...


Miksujemy, garnek wraca na gaz i doprawiamy - solą, czarnym pieprzem, tymiankiem, cząbrem, wędzoną papryką. Oddzielnie podsmażamy pokrojone w talarki pieczarki i dekorujemy nimi zupę. Kto lubi zapychacze, może jeszcze trzasnąć czosnkowe grzanki...

Placki warzywne

To przepis z zina "Let's taste a revolution" - jeśli nie znacie, to polecam! Uległ w moich rękach pewnym modyfikacjom, bo szpinak zastąpiłam groszkiem ( nie ma już świeżego), a zamiast sosu słonecznikowego zrobiłam swój żelazny sezamowy.



3 szklanki mąki
1,5 szkl. wody lub mleka roślinnego niesłodzonego
pół puszki groszku
2 pomidory drobno pokrojone
1 duża cebula drobno pokrojona
sól, pieprz, zioła

Ciasto ma być gęste. Smażamy na oleju na chrupko i złoto. Z tej porcji wychodzi ok. 10-12 dużych placków.

Na koniec dziesiejsze danie pseudomeksykańskie - kasza kukurydziana na słono i gęsto plus sos z pomidorów, pieczarek, fasoli, kukurydzy i sambal oelek. Pyszne i zapycha.



Wczoraj stworzyłam też twarożek koperkowy z nerkowców, a w lodówce mrozi się blok czekoladowy na mleku kokosowym - ale o tym następnym razem...

niedziela, 9 października 2011

październik miesiącem zimna

Znowu jestem tu, choć ostatnio nomadycznie trochę - a to Poznań, a to Warmia, a to miasto, które tuż o krok, i nie chce się z niego po nocy wracać na wieś...Tam, gdzie jestem, gotuję. Nie jest dla mnie problemem rozłożyć się z reobieniem obiadu czy ciasta u kogoś.
Przy nowej płycie Karoshi popijam gorzką kawę i zamieszczam wreszcie zdjęcia z ostatnich dni.


Makaron z granulatem sojowym, bobem, pieczarkami i pomidorami.



A oto jedno z dań, którym przywitała nas mama, kiedy w zimny piątek przyjechałyśmy w odwiedziny. Zapiekany w specjalnym kokilkach kalafior w sosem pomidorowym plus parówka sojowa.


jesień, jesień...
I coś szybkiego na sobotę - kolanka z cukinią, oliwkami i smażoną parówką, z odrobiną rozpuszczonych drożdży. Smaczne, tłuste, w sam raz do herbaty.







Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...