piątek, 19 grudnia 2014

przed-święta

Jak co roku kilka zdjęć z okołoświątecznych dni i przygotowań. Tym razem w zupełnie innym mieście i mieszkaniu, trochę inaczej.

Pierwsza poczta do mnie do Łodzi - kartka z Niemiec, od koleżanki Emi. Narysowała mi nawet jeża.


Falafel z sosami w Jaffie przy Piotrkowskiej 67. Łódzkie ceny to naprawdę oddech po warszawskich (obiad i wielka kawa 16 zł).

Inauguracja nowego piekarnika, pierwsze makowce. Smaczne jak zwykle, choć ze sztuczną masą makową.

Wiadomo gdzie.
Wietnamska budka z blachy w Offie - tofu pikantne z frytkami, niebo.

Łódź słynie z murali, o czym wie chyba niewiele osób. Nie udało mi się jeszcze znaleźć wszystkich, ale wybieram się niedługo na poszukiwania.

Prezent świąteczny.

Obciachowa brokatowa głowa jelenia (spokojnie, jest mała).

Krzak jemioły kupiony od pani bez zęba.
Tak zwane dekoracje.

Bajzel w nowej kuchni.

czwartek, 11 grudnia 2014

wreszcie Łódź

W końcu się przeprowadziłam, tydzień później, niż zamierzałam pierwotnie, ale jestem na miejscu.
Sama. Sama w mojej kawalerce z antresolą, w dziwnym mieszkaniu, które ma cztery metry wysokości, a powierzchni ponad 50 metrów; nieźle jak na jedną osobę.
Odkrywam niespodzianki - pralka trochę cieknie, światła zapalają się i gasną nieoczekiwanie, jak w tym dziwnym pływającym teatrze w "Lecie Muminków". Kuchnia jest wspaniale wyposażona, a gaz nieopomiarowany, więc można gotować do wiadomej śmierci.
Z okna widok na osiedle, dobre PRLowskie bloki, z infrastrukturą, z wielkimi przestrzeniami pomiędzy - bloki dla ludzi, nie deweloperskie cuda dla robotów.

A Łódź jest cudowna, wiedziałam, że mi się spodoba i nie słuchałam gadania o "kroku wstecz". To po prostu moje klimaty, moja Polska, betonowa, trochę brudna, trochę pijana, trochę głośna, biedna, ale z fantazją.









środa, 26 listopada 2014

bez słowa, numeru nie pamiętam

Najgorsze jest mieszkanie w jakimś miejscu, mieszkaniu, mieście, gdy już wiesz, że się wyprowadzisz i coś nowego na ciebie czeka, a tu jeszcze trzeba wytrzymać w prowizorce, która jest coraz mniej domem, pakować rzeczy, zrobić mentalny skok w nowe okoliczności.


Nowy widok z okna, 11 piętro łódzkiego wieżowca.


Frytki, moja miłość.



Dzień Bez Futra 2014, Warszawa.

poniedziałek, 3 listopada 2014

ostatni listopad w tym mieście

Trzeci i ostatni listopad w Warszawie i okolicach.
Kiedy się przeniosę, będę nadawała z jedenastego piętra wieżowca z całym miastem pod sobą.


środa, 15 października 2014

kolejna jesień

Dużo zmian, kolejny raz w drogę bez wiedzy jak i dokąd.
Ale wszystko będzie dobrze, już jest.
Gdy zmiany przynoszą ulgę, to nie trzeba sobie ich nawet przesadnie racjonalizować, bo wiadomo, że decyzje są słuszne.

Mało gotuję, mało jem, nie piekę, schudłam 10kg.



niedziela, 31 sierpnia 2014

weganka w Czechach - Jičín i Trutnov

Jičín, małe miasteczko 85 km od Pragi. Przewodniki opisują je jako przepiękne, z dobrze zachowanym starym miastem, gotyckim układem uliczek i renesansowymi budynkami. Wszystko to zgodne z prawdą, a przy tym jest to naprawdę sympatyczne, przyjazne mieszkańcom i turystom miejsce, ale po czesku puste, a więc i w sam raz do zwiedzania i cieszenia się, że nikt nie wchodzi w kadr zdjęcia.

Z Jičína pochodził szewc Rumcajs, o którym wieczorynkę oglądało się w mrokach ponurych lat osiemdziesiątych (które teraz wspominamy z sentymentem, bo byliśmy dziećmi, innego dzieciństwa nie mamy i mieć nie będziemy).

Dom/muzeum Rumcajsa, Cypiska i Hanki (która po czesku ma na imię inaczej).



 
Trochę z boku starówki, ale blisko centrum, znajduje się sztuczne jezioro i park wodny, w którym mieszkańcy spędzają czas w upalne dni. Jako że panowały typowe czeskie upały (30 stopni ciepła o godzinie 19), wybraliśmy się w tamte okolice. Zamiast jednak wchodzić na płatny teren parku, usiedliśmy na drewnianym pomoście pośród bloków, z nogami w wodzie. Moment włożenia stóp do zimnego jeziora w taki dzień pozostaje w mojej głowie najjaśniejszym punktem podróży.

 Hotel Paříž, w którym nocowaliśmy. Niech was nie zwiedzie elegancka kamienica - nie było drogo, prysznic był na korytarzu, koedukacyjny i nie miał zamka, a po nocy pod drzwiami peregrynowała głośna wycieczka Węgrów, którzy tym bardziej wkurzają, bo nie rozumiesz ani słowa z tego, co krzyczą.




Kolejne dwa dni wypadły w Trutnovie, deszczowym mieście w Karkonoszach. Dotarliśmy tam w niedzielę, a niedziela jest, jak wiadomo, najgorszym dniem na podróż po Czechach. Miasta są wręcz wyludnione, z pozamykanymi sklepami, ale również restauracjami, nic się nie dzieje. Takie Czechy lubię, taką Europę Wschodnią lubię - bo i co miałoby się dziać?

Czeska hospoda, gdzie pan kelner odmówił podania frytek bez mięsa, ale i tak było tam przyjemnie.
W drodze, oczekiwanie na pociąg w towarzystwie jogurtu (austriacka Joya dostępna wszędzie, pyszny zwłaszcza smak owoców leśnych).
Wiadomo co.

Piegowata wakacyjna twarz.

Różne dobre rzeczy. Pomimo że, oprócz Hradca, nigdzie nie było wege restauracji z prawdziwego zdarzenia (potem dopiero Złe Mięso we Wrocławiu), weganka w Czechach nie zginie, a wręcz się naje po uszy.

W mniejszych mieścinach (ale również np. w Pilznie) Czesi nie mają peronów, tylko bardzo wąskie pasy asfaltu-żwiru, na które wchodzi się już w momencie wjazdu pociągu (czeka się pod daszkiem stacji). Trudno się połapać, co skąd wjedzie, są zapowiedzi, ale osoby nieznające języków słowiańskich mogłyby mieć problemy ze zlokalizowaniem swojego pociągu.


A teraz seria widoków z Trutnova, zadupia, w którym chciałabym się jeszcze kiedyś znaleźć.

Pension Usvit (Świt) jak z horroru.

Pokój jak w latach siedemdziesiątych. Za tv dopłacało się 200 koron dziennie, więc kto by brał.

Rzeka Upa.
 
Jedźcie w podróż - nie za rok, jak się zrobi ciepło, teraz, jutro, za tydzień.
Nic innego nie daje takiej możliwości spojrzenia z boku na siebie i innych, nic nie daje tak bezpośredniego (choć pewnie powierzchownego) wglądu w cudze światy.
Nic mnie bardziej nie cieszy, niż mail, w którym ktoś opisuje, że dzięki moim zachętom zdecydował/a się zmienić zaplanowany kierunek wakacyjny na mniej oczywisty, nic bardziej nie raduje, niż zdjęcia na fb koleżanek, które kiedyś nie lubiły/nie miały czasu podróżować, a teraz jadą i podoba im się ten stan.
Wiem, że brzmię jak z podręcznika dla oświeconych neofitów, ale trochę podróż jest sama w sobie celem, nie tylko miejsce, do którego jedziemy.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...