środa, 15 kwietnia 2015

w ruchu

Nie lubię porównywania się do bohaterek literackich, egzaltowane to i głupie. Ach, taka ze mnie Bridget Jones, bo mi rajstopy na tyłku pękły. Ach, taka ze mnie Pippi Langstrump, mam piegi i lubię dziwaczne żarty. Nie przeżywam więc wielkiego dreszczu - oprócz może takiego z niesmaku - gdy ktoś porównuje siebie do Holly Golightly ze "Śniadania u Tiffany'ego" i opowiada, jak to powinien/powinna przykleić sobie na drzwiach napis w podróży.

Cóż, ja tam jestem w podróży non stop, to najnaturalniejszy ze stanów. Nie przeraża mnie, że mam ciuchy, książki i utensylia w trzech domach, i czasem zastanawiam się gdzie są majtki w folkowe kwiaty i spódnica do kolan. Tracę czasem pół godziny na szukanie czegoś, żeby się w końcu zorientować, że mam to gdzie indziej. Od połowy marca byłam w "swoim" łódzkim mieszkaniu z tydzień, i to na raty.




Gotuję po polsku, po indyjsku, po swojemu.


Manna z borówkami i kokosem.


Kotlety z groszku i kapusty kiszonej, soczewica w sabji masali, jaglanka.


Weganizm po polsku - seler panierowany, ziemniaki z wody, buraki zasmażane (ze słoika).




poniedziałek, 6 kwietnia 2015

miejsca i niemiejsca

Cztery miesiące w Łodzi, pewnie zostało nie więcej niż kilka kolejnych, może pół roku. Coraz łatwiej się przenosić - choć to akurat nigdy nie było dla mnie trudne.
Zaczęłam w końcu pisać moją książkę. Nie, nie jest kucharska.



Rzeka Rak. Wpadłam do niej po uda, próbując przejść po oślizgłym konarze na drugą stronę.


Marcowy Budapeszt. Weszłam na to wzgórze po lewej, ale lekko nie było.


Langosz na dworcu Keleti - wielki i tłusty.




Śladami łódzkich murali. Naprawdę jest co oglądać. Łódź jest naprawdę fantastycznym miastem, nawet jeśli ktoś nie fascynuje się brzydotą, brudem i obskurnością tak, jak ja, a po prostu lubi pozwiedzać, zjeść i wypić. Mocno mnie denerwuje niechęć do Łodzi, powszechna zwłaszcza wśród ludzi, którzy - niespodzianka - nigdy tu nie byli.






sobota, 14 lutego 2015

luty taki przypadkowy

Krótki, niepotrzebny. Głównie w Łodzi.

Polecam świetny lokal Niebostan na Piotrkowskiej 17 - są tosty z pesto i serem, pyszne bułki i bagietki z tofu, są tanie kawy, bywa ciasto. Miło, jasno, przestronnie.







Na szerokim parapecie leżą darmowe książki, a do kawy dają Oreo. Jak się zna dziewczyny za barem, to nawet dwa!



Zupa afrykańska, za blogiem Hello Morning - ziemniaki, papryka, kukurydza, kmin rzymski, masło orzechowe, chili i inne.



Trochę Łodzi, która, pomimo zimy, zachwyca - ulica Rewolucji 1905 roku.

piątek, 23 stycznia 2015

styczeń się z niczym nie rymuje

Zaczęłam nową pracę. Jest wspaniała. Niech wam starczy, że właśnie wprowadzałam poprawki korektorskie do broszurki o Marksie.
A teraz pora na pizzę.



Łódź, miasto tanich knajp wegańskich, oddech po Warszawie.




Bliny gryczane z hummusem, pastą z avocado i tempehem. Wszystko, prócz tempehu zrobiłam sama (choć słyszy się i o takich śmiałkach, co i tempeh, i tofu dzielnie zrobią w domu).


Kilka dni temu miałam trzydzieste czwarte urodziny. Trochę mnie bawi, kiedy koleżanki mające trzy-cztery lata do trzydziestki się tej trzydziestki boją, przejmują i płaczą w rękaw. Trzydziestka to jest nic, liczba. Trzydzieści cztery też ujdzie. Trochę morda się zaczyna sypać, ale mamy takie życie, jakie mieć chcemy. A ja zaczęłam właśnie swój nowy świat w Łodzi. Prawie z niczego i prawie za nic. Czy jest trudno? Bywa, ale nowe rzeczy bardziej cieszą, niż przerażają. Nigdy nie bałam się dobrych - lub koniecznych - zmian.
Wierz w siebie, dziewczyno, wierz w to, że jesteś silna, niezależna, mądra i dobra, poradzisz sobie, a przynajmniej na poważnie spróbujesz. Nie potrzebujesz obstawy mężczyzn, żeby skręcić stół, pomalować ścianę, jechać w podróż, iść do kina.
Na tych trzydziestych czwartych urodzinach miałam piątkę bliskich znajomych - w nowym mieście. Wszystko się da i nie wierzcie w "odpowiedni czas" na różne rzeczy. To nieprawda, że po trzydziestce to tylko garsonkę do trumny przymierzać.


sobota, 27 grudnia 2014

grudzień w obrazkach

Wiem, od dawna nie zamieszczam przepisów, a tylko zdjęcia, relacje z wyjazdów i mrożących krew z żyłach zwrotów życiowych, a mój blog jest jaki jest, ale mam nadzieję, że jeszcze niejeden pies z kulawą nogą tu zagląda.














piątek, 19 grudnia 2014

przed-święta

Jak co roku kilka zdjęć z okołoświątecznych dni i przygotowań. Tym razem w zupełnie innym mieście i mieszkaniu, trochę inaczej.

Pierwsza poczta do mnie do Łodzi - kartka z Niemiec, od koleżanki Emi. Narysowała mi nawet jeża.


Falafel z sosami w Jaffie przy Piotrkowskiej 67. Łódzkie ceny to naprawdę oddech po warszawskich (obiad i wielka kawa 16 zł).

Inauguracja nowego piekarnika, pierwsze makowce. Smaczne jak zwykle, choć ze sztuczną masą makową.

Wiadomo gdzie.
Wietnamska budka z blachy w Offie - tofu pikantne z frytkami, niebo.

Łódź słynie z murali, o czym wie chyba niewiele osób. Nie udało mi się jeszcze znaleźć wszystkich, ale wybieram się niedługo na poszukiwania.

Prezent świąteczny.

Obciachowa brokatowa głowa jelenia (spokojnie, jest mała).

Krzak jemioły kupiony od pani bez zęba.
Tak zwane dekoracje.

Bajzel w nowej kuchni.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...