niedziela, 31 sierpnia 2014

weganka w Czechach - Jičín i Trutnov

Jičín, małe miasteczko 85 km od Pragi. Przewodniki opisują je jako przepiękne, z dobrze zachowanym starym miastem, gotyckim układem uliczek i renesansowymi budynkami. Wszystko to zgodne z prawdą, a przy tym jest to naprawdę sympatyczne, przyjazne mieszkańcom i turystom miejsce, ale po czesku puste, a więc i w sam raz do zwiedzania i cieszenia się, że nikt nie wchodzi w kadr zdjęcia.

Z Jičína pochodził szewc Rumcajs, o którym wieczorynkę oglądało się w mrokach ponurych lat osiemdziesiątych (które teraz wspominamy z sentymentem, bo byliśmy dziećmi, innego dzieciństwa nie mamy i mieć nie będziemy).

Dom/muzeum Rumcajsa, Cypiska i Hanki (która po czesku ma na imię inaczej).



 
Trochę z boku starówki, ale blisko centrum, znajduje się sztuczne jezioro i park wodny, w którym mieszkańcy spędzają czas w upalne dni. Jako że panowały typowe czeskie upały (30 stopni ciepła o godzinie 19), wybraliśmy się w tamte okolice. Zamiast jednak wchodzić na płatny teren parku, usiedliśmy na drewnianym pomoście pośród bloków, z nogami w wodzie. Moment włożenia stóp do zimnego jeziora w taki dzień pozostaje w mojej głowie najjaśniejszym punktem podróży.

 Hotel Paříž, w którym nocowaliśmy. Niech was nie zwiedzie elegancka kamienica - nie było drogo, prysznic był na korytarzu, koedukacyjny i nie miał zamka, a po nocy pod drzwiami peregrynowała głośna wycieczka Węgrów, którzy tym bardziej wkurzają, bo nie rozumiesz ani słowa z tego, co krzyczą.




Kolejne dwa dni wypadły w Trutnovie, deszczowym mieście w Karkonoszach. Dotarliśmy tam w niedzielę, a niedziela jest, jak wiadomo, najgorszym dniem na podróż po Czechach. Miasta są wręcz wyludnione, z pozamykanymi sklepami, ale również restauracjami, nic się nie dzieje. Takie Czechy lubię, taką Europę Wschodnią lubię - bo i co miałoby się dziać?

Czeska hospoda, gdzie pan kelner odmówił podania frytek bez mięsa, ale i tak było tam przyjemnie.
W drodze, oczekiwanie na pociąg w towarzystwie jogurtu (austriacka Joya dostępna wszędzie, pyszny zwłaszcza smak owoców leśnych).
Wiadomo co.

Piegowata wakacyjna twarz.

Różne dobre rzeczy. Pomimo że, oprócz Hradca, nigdzie nie było wege restauracji z prawdziwego zdarzenia (potem dopiero Złe Mięso we Wrocławiu), weganka w Czechach nie zginie, a wręcz się naje po uszy.

W mniejszych mieścinach (ale również np. w Pilznie) Czesi nie mają peronów, tylko bardzo wąskie pasy asfaltu-żwiru, na które wchodzi się już w momencie wjazdu pociągu (czeka się pod daszkiem stacji). Trudno się połapać, co skąd wjedzie, są zapowiedzi, ale osoby nieznające języków słowiańskich mogłyby mieć problemy ze zlokalizowaniem swojego pociągu.


A teraz seria widoków z Trutnova, zadupia, w którym chciałabym się jeszcze kiedyś znaleźć.

Pension Usvit (Świt) jak z horroru.

Pokój jak w latach siedemdziesiątych. Za tv dopłacało się 200 koron dziennie, więc kto by brał.

Rzeka Upa.
 
Jedźcie w podróż - nie za rok, jak się zrobi ciepło, teraz, jutro, za tydzień.
Nic innego nie daje takiej możliwości spojrzenia z boku na siebie i innych, nic nie daje tak bezpośredniego (choć pewnie powierzchownego) wglądu w cudze światy.
Nic mnie bardziej nie cieszy, niż mail, w którym ktoś opisuje, że dzięki moim zachętom zdecydował/a się zmienić zaplanowany kierunek wakacyjny na mniej oczywisty, nic bardziej nie raduje, niż zdjęcia na fb koleżanek, które kiedyś nie lubiły/nie miały czasu podróżować, a teraz jadą i podoba im się ten stan.
Wiem, że brzmię jak z podręcznika dla oświeconych neofitów, ale trochę podróż jest sama w sobie celem, nie tylko miejsce, do którego jedziemy.

czwartek, 28 sierpnia 2014

zupa z pieczonej papryki i ziemniaki z pesto

Ostatnio trafiłam na blogu Jadłonomii na ten przepis http://www.jadlonomia.com/2014/08/krem-pomidorowy-z-pieczonymi-paprykami.html

Kilka razy robiłam podobną zupę, bo ta z warzyw pieczonych smakuje zupełnie inaczej, niż ze zwyczajnie gotowanych. Uprościłam jednak przepis Marty, dostosowując go do zapasów, które miałam w lodówce, i czyniąc tę zupę częścią większej całości - obiadu w zimny, sierpniowy dzień.


Zupa z pieczonej papryki i pomidorów

2 czerwone papryki
4 soczyste pomidory
pół łyżeczki sambalu
kilka szczypt papryki wędzonej
2 łyżki oleju
sól
czarny pieprz

Papryki umyć, wydrążyć, trochę pociąć, pomidory pokroić na połówki. Wszystko razem upiec w piekarniku w blasze wyłożonej papierem do pieczenia - aż do miękkości warzyw.
Przełożyć do garnka, w którym będziemy gotować zupę. Marta radzi obrać warzywa ze skóry, ja tego nie robiłam; i tak blendują się jak złoto.
Warzywa zalać bulionem (u mnie wegetariański w proszku) i pogotować 5-10 minut. Zblendować zupę, doprawić.
Można jeść z grzankami, ale można też zrobić do niej drugie danie - u mnie pieczone ziemniaki z dwoma sosami.

Pieczone ziemniaki

6 dużych, umytych ziemniaków
olej
przyprawy - zioła, mieszanka do dan z ziemniaków albo "kurczak farmerski"

Ziemniaki pokroić, zalać mieszanką oleju z przyprawami. Piec 40 minut (lub do miękkości), przynajmniej raz obracając.

Pesto z pietruszki : duża natka, 100g słonecznika, olej rzepakowy, sól, 1 łyżeczka pasty czosnkowej lub trzy zęby czosnku.

Słonecznik uprażyć na suchej patelni, natkę drobno posiekać, czosnek obrać. Wszystko zblendować na gładką masę, ewentualnie dolewając wody. Dobrze dosolić.

Hummus z ciecierzycy : 2 szklanki ugotowanej ciecierzycy, 4 łyżki pasty tahini, sok z 2 cytryn, przegotowana zimna woda, olej, sól, łyżeczka pasty czosnkowej

 Blendujemy wszystko do pożądanej, hummusowej konsystencji, stopniowo dolewając wody, żeby nie wyszedł gęsty kit, tylko kremowa pasta.


Ja i autorka przepisu na zupę - razem we Wrocławiu (plus mops Zuza).

wtorek, 26 sierpnia 2014

ciasto ucierane z węgierkami

Lubię jesień, ale, do cholery, nie w sierpniu.
Ta pogoda to kpina.
Wczoraj zaczęliśmy się zakładać, kiedy spółdzielnia odpali kaloryfery.

A tymczasem...

Ciasto ucierane z węgierkami 

3 szklanki mąki
1 szklanka cukru
1/2 szklanki oleju
1/2 szklanki wody
1 szklanka mleka roślinnego
3 łyżki octu
1 łyżka proszku (łyżka, nie łyżeczka - to ma być biszkopt)
zapach migdałowy
z 15 wydrylowanych węgierek

Mleko kisimy octem, odstawiamy na kilka minut, aż zrobi się zsiadłe. Potem klasyka - suche do suchych, mokre do mokrych, mocno mieszamy lub blendujemy.
Wylewamy do wysmarowanej okrągłej formy i na wierzchu układamy połówki węgierek.
Pieczemy 45 minut na 180-190C lub do suchego patyczka.
Po upieczeniu warto zostawić ciasto na trochę w piekarniku (wyłączonym), bo biszkopt wyjęty z ciepłej gazówki do zimnej kuchni lubi trochę opaść.

To nie jest sucha babka! To pulchne, delikatne, puszyste ciasto biszkoptowe z rozpadającą się pieczoną śliwką.
Czekam na przynajmniej pięć komentarzy, że pieczecie!

sobota, 23 sierpnia 2014

sierpień był moim ulubionym miesiącem

W tym roku nie jest.
Zimno, zbyt wiele zmian miejsca pobytu, mało czasu we własnym łóżku, przy własnym stole.
Powinnam pisać o Czechach, ale nie mam na to w tym momencie siły; mam za to ochotę wrzucić parę zdjęć z przypadkowych lokalizacji.

Pół życia w pociągach.

Setki miejsc w ciągu roku. Niczego nie potrzebujecie, żeby gdzieś jechać, oprócz kilkudziesięciu złotych, czasu i zdrowej pary nóg.

Do końca sierpnia siedzę kamieniem, bo mam dobre zlecenie i pracuję codziennie. We wrześniu planuję na razie tylko jeden wyjazd, i to w granicach Polski. W październiku - dwa zagraniczne, ale wiem, że może się nie udać.
W listopadzie zaczynam studia, co ograniczy mi mobilność w co drugi weekend, ale od czego są spontaniczne wyjazdy w środku tygodnia.


środa, 20 sierpnia 2014

weganka w Czechach - Hradec Kralove

Po dwóch dniach w deszczowym Kłodzku udaliśmy się pociągiem do Kudowy, skąd przeszliśmy na piechotę do Nachodu. Fakt, że dwa sąsiadujące, a podzielone granicą miasta nie są w żaden sposób ze sobą skomunikowane, nawet niechby to już była sieć prywatnych busików, uważam za skandaliczny.
Pięć kilometrów marszu po drodze szybkiego ruchu, w dużej mierze bez chodnika, z plecakami.
Po czeskiej stronie niezbędne zakupy w Albercie (deser Alpro o smaku ciasteczkowym! Birell nealko! holenderskie wafle z syropem!), dwie przesiadki i České dráhy szczęśliwie dowiozły nas do Hradca, najładniejszego miasta tej wyprawy.


Park w Hradcu, fontanna z nietypowym kolorem wody. O tej porze (była 17, na nogach od 7, cały czas w drodze) było mi już wszystko jedno, choć wokół architektonicznie i kulturalnie działy się rzeczy ciekawe.




Hradec to miasto zaprojektowane z pomysłem. Duże, a nie zatłoczone, pełne placów o modernistycznym kształcie, kamienic w stonowanych barwach i - przede wszystkim - miało szczęście mieć Josefa Gočára, a on zrobił z niego perłę czeskiego kubizmu (w sumie nie lubię, gdy się mówi, że coś jest perłą czegoś, a coś innego "Paryżem północy", ale czasem wytarta metafora jest najtrafniejsza).
Hradec leży u zbiegu Orlicy i Łaby.

Rozległe stare miasto, puste ulice (wiem już, że w Czechach zawsze będzie mniej tłoczno, niż u nas, a mimo to zawsze jestem zdumiona, że w tramwajach są wolne miejsca, w kawiarni wolne stoliki, a na ulicy nikogo - sprzyja temu też bardzo wczesne zamykanie sklepów).
Monumentalny budynek sądu okręgowego.

Galerie moderniho umeni, czyli galeria sztuki współczesnej.
Spójrzcie na tę bryłę! Goczarowski cud z kamienia, z secesyjnym liternictwem. To Muzeum  Východních Čech, zwane też East Bohemian Museum, czyli po prostu muzeum Czech Wschodnich.





Pomnik wielkiego krakersa...a tak naprawdę to nie wiem, czego (lub kogo).
Małe sklepiki ze wszystkim, czynne do wczesnego popołudnia, bez polskiego szału na zakupy o 21 lub w weekend.
Znów Gocar i jedna ze szkół jego projektu. Lata XX.

Panelaky, trochę prawdziwego miasta.
Dom starców (Dum harmonie).


Tu nocowaliśmy - w bardzo siermiężnym akademiku. Wyposażenie pokoju a la lata siedemdziesiąte, linoleum, malowane na olejno szafy wbudowane w ścianę itp., za to łazienka po remoncie.
Biblioteka.
Ja i Tomasz Masaryk na wspaniałym placu jego imienia, który zaprojektował mu oczywiście Gocar (wiem, że Masaryk był protekcjonalny w stosunku do Polaków i handryczył się o kwestie Zaolzia, stąd mój brak entuzjazmu na zdjęciu).
Widzieliście kiedyś kościół w zabudowie zwartej?

Jeśli chcecie zjeść w Hradcu coś wegańskiego, polecam lokal o nazwie Jidelna Bazalka na ulicy K.h. Mahy - http://www.bazalkahk.cz/jidelnicek Bardzo tanio można zjeść rzeczy bezmięsne, beznabiałowe i raw. Pierwszy raz zjadłam surową kanapkę i nawet mi smakowała (oczywiście poprawiłam gulaszem i zupą z groszkiem i parówkami). Bar jest w stylu "mlecznym", nic wyszukanego, jak to w Czechach. I bardzo dobrze.
Na starym mieście jest również dobrze zaopatrzony sklep ze zdrową żywnością. Jogurty z galaretką, maślanka, sery, batony karobowe, seitan, tempeh!

W następnym wpisie jedziemy do Jicina i Trutnova, a potem do Wrocławia.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...