sobota, 23 sierpnia 2014

sierpień był moim ulubionym miesiącem

W tym roku nie jest.
Zimno, zbyt wiele zmian miejsca pobytu, mało czasu we własnym łóżku, przy własnym stole.
Powinnam pisać o Czechach, ale nie mam na to w tym momencie siły; mam za to ochotę wrzucić parę zdjęć z przypadkowych lokalizacji.

Pół życia w pociągach.

Setki miejsc w ciągu roku. Niczego nie potrzebujecie, żeby gdzieś jechać, oprócz kilkudziesięciu złotych, czasu i zdrowej pary nóg.

Do końca sierpnia siedzę kamieniem, bo mam dobre zlecenie i pracuję codziennie. We wrześniu planuję na razie tylko jeden wyjazd, i to w granicach Polski. W październiku - dwa zagraniczne, ale wiem, że może się nie udać.
W listopadzie zaczynam studia, co ograniczy mi mobilność w co drugi weekend, ale od czego są spontaniczne wyjazdy w środku tygodnia.


środa, 20 sierpnia 2014

weganka w Czechach - Hradec Kralove

Po dwóch dniach w deszczowym Kłodzku udaliśmy się pociągiem do Kudowy, skąd przeszliśmy na piechotę do Nachodu. Fakt, że dwa sąsiadujące, a podzielone granicą miasta nie są w żaden sposób ze sobą skomunikowane, nawet niechby to już była sieć prywatnych busików, uważam za skandaliczny.
Pięć kilometrów marszu po drodze szybkiego ruchu, w dużej mierze bez chodnika, z plecakami.
Po czeskiej stronie niezbędne zakupy w Albercie (deser Alpro o smaku ciasteczkowym! Birell nealko! holenderskie wafle z syropem!), dwie przesiadki i České dráhy szczęśliwie dowiozły nas do Hradca, najładniejszego miasta tej wyprawy.


Park w Hradcu, fontanna z nietypowym kolorem wody. O tej porze (była 17, na nogach od 7, cały czas w drodze) było mi już wszystko jedno, choć wokół architektonicznie i kulturalnie działy się rzeczy ciekawe.




Hradec to miasto zaprojektowane z pomysłem. Duże, a nie zatłoczone, pełne placów o modernistycznym kształcie, kamienic w stonowanych barwach i - przede wszystkim - miało szczęście mieć Josefa Gočára, a on zrobił z niego perłę czeskiego kubizmu (w sumie nie lubię, gdy się mówi, że coś jest perłą czegoś, a coś innego "Paryżem północy", ale czasem wytarta metafora jest najtrafniejsza).
Hradec leży u zbiegu Orlicy i Łaby.

Rozległe stare miasto, puste ulice (wiem już, że w Czechach zawsze będzie mniej tłoczno, niż u nas, a mimo to zawsze jestem zdumiona, że w tramwajach są wolne miejsca, w kawiarni wolne stoliki, a na ulicy nikogo - sprzyja temu też bardzo wczesne zamykanie sklepów).
Monumentalny budynek sądu okręgowego.

Galerie moderniho umeni, czyli galeria sztuki współczesnej.
Spójrzcie na tę bryłę! Goczarowski cud z kamienia, z secesyjnym liternictwem. To Muzeum  Východních Čech, zwane też East Bohemian Museum, czyli po prostu muzeum Czech Wschodnich.





Pomnik wielkiego krakersa...a tak naprawdę to nie wiem, czego (lub kogo).
Małe sklepiki ze wszystkim, czynne do wczesnego popołudnia, bez polskiego szału na zakupy o 21 lub w weekend.
Znów Gocar i jedna ze szkół jego projektu. Lata XX.

Panelaky, trochę prawdziwego miasta.
Dom starców (Dum harmonie).


Tu nocowaliśmy - w bardzo siermiężnym akademiku. Wyposażenie pokoju a la lata siedemdziesiąte, linoleum, malowane na olejno szafy wbudowane w ścianę itp., za to łazienka po remoncie.
Biblioteka.
Ja i Tomasz Masaryk na wspaniałym placu jego imienia, który zaprojektował mu oczywiście Gocar (wiem, że Masaryk był protekcjonalny w stosunku do Polaków i handryczył się o kwestie Zaolzia, stąd mój brak entuzjazmu na zdjęciu).
Widzieliście kiedyś kościół w zabudowie zwartej?

Jeśli chcecie zjeść w Hradcu coś wegańskiego, polecam lokal o nazwie Jidelna Bazalka na ulicy K.h. Mahy - http://www.bazalkahk.cz/jidelnicek Bardzo tanio można zjeść rzeczy bezmięsne, beznabiałowe i raw. Pierwszy raz zjadłam surową kanapkę i nawet mi smakowała (oczywiście poprawiłam gulaszem i zupą z groszkiem i parówkami). Bar jest w stylu "mlecznym", nic wyszukanego, jak to w Czechach. I bardzo dobrze.
Na starym mieście jest również dobrze zaopatrzony sklep ze zdrową żywnością. Jogurty z galaretką, maślanka, sery, batony karobowe, seitan, tempeh!

W następnym wpisie jedziemy do Jicina i Trutnova, a potem do Wrocławia.

niedziela, 17 sierpnia 2014

Warmia i inne tajemnicze krainy

Prawie jesień. Od dwóch dni zimno włazi pod dach i nagle trzeba przymykać okno. Siedzenie w ogrodzie popołudniu grozi bluzą i skarpetkami.

Jestem na wsi; to lato było bardzo intensywne wyjazdowo. Patrzę na mapę i widzę, że dwa tygodnie temu byłam w Kłodzku, a teraz chodzę po Olsztynie. Polska jest duża, ale do przejechania, do połknięcia.
Niby wszędzie byłam, ale mapa wciąż ma kilka białych plam.
Marzę o Podlasiu. Też byłam, ale jeszcze będę.

Kawa w Olsztynie.
Grodzisko jaćwieskie w Suszu.

Dom.

Moje popisowe drożdżówki z owocami, które są akurat w koszyku (jak nie ma owoców, to bierzemy pierwszy z brzegu niesfermentowany dżem).

Fake meat balls z makaronem i sosem bolognese. Nie da się odpiąć od takiego talerza.

Strefa ciszy w parku krajobrazowym.

środa, 13 sierpnia 2014

weganka w Kłodzku

Od bardzo dawna chciałam jechać do Kotliny Kłodzkiej i zobaczyć takie miejsca, jak Bardo czy Kłodzko, bo zazwyczaj po prostu przez te okolice przejeżdżałam w drodze do Czech. Polski bus pełzł przez karkonoskie krajobrazy, a przez okna narzucały się lasy, góry, wąwozy i strumienie; okolica ewidentnie warta zatrzymania się na trochę.

W napadzie szaleńczo dobrego humoru zadecydowaliśmy spędzić w Kłodzku dwie noce, pierwsze dwie noce naszej podróży. Decyzję tę przeklinaliśmy potem po wielokroć, bo 1. W Kłodzku cały czas lało, lało tak, że sukienka schła dwa dni, rozmiękały pieniądze w portfelach, a klapki z trzciny nadawały się do wyrzucenia, 2. nie było specjalnie co jeść, ale tu w sukurs przyszedł nasz ziomek E.Leclerc, do którego było 3km w ulewie, ale miał jogurty sojowe i piernik wegański.

Mimo paskudnego deszczu Kłodzka nie odradzam, a wręcz polecam, choć może nie na dwa dni i dwie noce.

Typowa dla Dolnego Śląska architektura domów wielorodzinnych.
Kamienice, którym spod resztek tynku wyłazi nieskromnie cegła.
Mordercze wzgórza, w górę, ostro w dół, i jeszcze raz w górę.
Żadnej komunikacji miejskiej w 30-tysięcznym mieście.

Kłodzko żąda prawdy o katastrofie pod Smoleńskiem.

Kłodzko, trochę z powodu stopnia zniszczenia/zaniedbania i otoczenia przez góry, przypomina mi słowacką Levocę, w której byłam w maju. W mniejszych uliczkach spokój, okna zabite dechami, pustostany, bezpańskie psy.
Z jednej strony - widać, że miasto umiera (umarło?), że ludzie stąd wyjechali, bądź codziennie pokonują 100km do Wrocławia do pracy i wracają tylko się przespać, że nie zapewniono mieszkańcom możliwości, nie mówiąc o infrastrukturze. Z drugiej - wygląda jak nietknięte od trzydziestu lat ręką tak zwanej modnej rewitalizacji (która często równa się gentryfikacji), co jest cenne. Nikt nie "udaje Europy", jest mnóstwo małych sklepików z różnych branż, spokój.
Młynówka, kanał Nysy Kłodzkiej (poprawcie mnie, jeśli nie mam racji).

Kurtka z Pan Tu Nie Stał zupełnie się nie sprawdziła w ulewie, no, ale sama nazwa wskazuje, że jest na "mżawkę".
Jedyna obiadowa opcja wegańska w Kłodzku - pizza w Da Grasso. Tanio i pożywnie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...