niedziela, 18 października 2015

niedziela z byle czym

Czwartek skończył się chyba na dwudziestu paru wpisach. Dziś niedziela, wracamy do cyklu z paroma drobiazgami.

Bardzo bym chciała mieć więcej czasu dla siebie, ale moja praca to ostatnio jakieś niezdrowe szaleństwo. Jedyna przyjemność, na jaką zostaje czas, to gotowanie. I zamawianie książek, bo w moim mieście nie ma dobrze zaopatrzonej księgarni. Codziennie przed snem czytam 30-50 stron książki. Bez tego nie ma dnia, nie przybijam sobie pieczątki rozwijającego się człowieka. Lepiej czytać, niż klikać (mogłabym zrobić taką akcję społeczną z billboardami) - znajdź czas na choć kilkanaście stron czegoś wartościowego dziennie, zamiast kolejne pół godziny scrollować facebooka, bo a nuż koleżanka urodziła dziecko. Zapewniam, że jak urodziła, to fotek dziecka będzie sto dwadzieścia, i jutro też tam będą.


piątek, 9 października 2015

październik 2015

Kolejna jesień. Było ciepło, nagrzane łąki, zbieranie jarzębiny, głogu, dzikiej róży, tarniny, rower, spacery. Poznaję nowe miasto. Nie ma wiele do poznawania, ale wychowałam się w jeszcze mniejszym, więc nie narzekam, a proces zakorzeniania trwa.
Czytam, czytam codziennie, nie ma wieczoru bez książki. Nigdy nie mogłam zrozumieć, że można nie lubić czytać. Wszystkie inne rodzaje stymulacji intelektualnej są wtórne wobec słowa, może poza oglądaniem sztuki, ale też nie każdej i nie zawsze. Jeśli nie lubisz czytać, to się nie rozwijasz, kropka (nie, czytanie w necie nie mieści się w kategorii "rozwój").
Mam kilkoro nowych uczniów. Miało być trudno znaleźć ich w małej miejscowości, miała być ogromna konkurencja, ale jakoś nie ma. Po mocnym zjechaniu z warszawskiej ceny okazało się, że telefon dzwoni prawie codziennie. I znów jesień, liście za oknem żółkną, a ja puszczam listeningi z BBC Radio i nawijam o Present Perfect. Dwunasty rok, prawie na autopilocie.

Na początku września spędziłam 8 dni w Czechach, na tym, co lubię. Powyższe zdjęcie jest robione w parku romskiej dzielnicy Brna.

Świat zaskakuje. Dwa tygodnie temu minął rok, od kiedy jestem z moim partnerem, co jest znakiem, że "w żadnym wieku" nie jest na nic "za późno". Kiedy moje 25-letnie koleżanki po zerwaniu z chłopakiem płaczą w rękaw, że "nigdy już nikogo nie poznają", to trochę chce mi się jednak śmiać, choć wiem, że są momenty, gdy się w to wierzy. Otóż nieprawda - jeśli macie 25 lat, to poznacie. Pewnie niejednego. Wartego zainteresowania i nie. Stracicie dwa lata na buca, a potem poznacie miłość życia. Albo odwrotnie. I nie ma to nic wspólnego ze szczęściem ani pechem. Wokół tworzą się dziwaczne konstelacje, rozstają się ludzie, o których powiedzielibyśmy, że "oni nigdy". I dzieją się rzeczy nowe, magiczne.


sobota, 29 sierpnia 2015

kolejne lato się kończy

Za oknem wierzchołki zupełnie innych drzew. Mieszkam na południu. Nie napiszę, że "ciężko przywyknąć", bo mi do niczego się przyzwyczaić nie jest szczególnie trudno.
Lato uciekło jak z bicza trzasł, wakacje zdarzyły się pod sam jego koniec (Węgry) i jeszcze zdarzą się we wrześniu (Czechy).














sobota, 4 lipca 2015

czerwiec/lipiec

Dobre, długie dni.
Ciepło. Jest 19.40, siedzimy przy otwartym na oścież oknie (mamy moskitierę, co wygląda jak gacie osiemdziesięciolatki, ale działa - żaden komar czy ćma nie ma do nas dostępu, ha), a stopni na zewnątrz 31. Być może po prostu na południu kraju jest cieplej?




Dziesiątki pysznych, tak sezonowych, jak się tylko da obiadów. Tu nuggetsy z kaszy jaglanej i sos z bobu. W ruchu jest kalafior, pomidory, ogórki gruntowe, jagody, truskawki, młody seler, botwina. Co się da, bo za 2-3 miesiące nastąpi smutny koniec.


Trochę Łodzi, ale w lipcu będzie jej mało. Trzymam mieszkanie, w którym mnie nie ma, na szczęście to już ostatnie dwa miesiące.


Steki z kalafiora i ziemniaki z sosem musztardowym.


Burger marchewkowy od Papuvege, które jest gastrowozem stojącym na Offie w Łodzi. Polecam z czystym sumieniem wszystkie trzy burgery. Z marchewki i jaglanki, czyli rzeczy bez wyraźnego smaku i za-zdrowych dziewczyny robią cudo fast foodu. Z sosem barbecue! Popularność tej ciężarówki jest zapracowana i usprawiedliwiona. A jak się już zje, to obok zimna Perła czeka w Spalonych Słońcem. I leżaki pod lipami.


Kiedy patrzę w lustro, to myślę, że jednak nie jest źle mieć "aż" prawie trzydzieści pięć lat. Dobre rzeczy mnie spotykają. A kombinacja bluza w czazski plus koszulka w czaszki odpowiednia jest w każdym wieku.


Obiad w stylu "pełno wszystkiego". Prym wiodą rozpadnięte kulki z tofu w sosie pomidorowym.


Kawa z panią Dominiką i jej niedawno urodzonym synkiem. Był zimny czerwcowy dzień, taki na kurtkę. A my kanapkę, a my browara, a my po jednej kawie z ciasteczkiem, i jeszcze jednej. Dziwne to życie, w lutym Dominika siedziała koło mnie na tej samej kanapie w Niebostanie, w ósmym miesiącu ciąży. Teraz jest jej dwoje. W moim życiu nic takiego się nie zdarzy, ale niesamowicie jest obserwować.


Spacer wczesnoletni. Koniec maja.


Piwo Szatańska Obelga, Browar na Jurze. Dziwne, ale dobre.


Zgierz, zalew (?) w parku miejskim. Miasto rozpadu, egzemplifikacja starej prawdy, że miasto przemysłowe po rozwaleniu przemysłu zwija się i przestaje istnieć.

wtorek, 2 czerwca 2015

Tofu, czyli potworek wielofunkcyjny

Polsoja przysłała mi mnóstwo tofu do recenzji. Dwukilogramowa paczka zawierała kostki bio, te 200-gramowe, w różnych smakach: naturalne, wędzone, w sosie tamari, z ziołami i ziołowo-pomidorowe.

Najbardziej nakręciłam się na dwa ostatnie smaki, ale niestety okazały się najgorsze. Jeśli kostka tofu ma mieć konkretny dodatek smakowy, to fajnie, by była też lekko słonawa. Wrzucenie garści suszonych ziół do kostki bezsmakowego tofu naturalnego wiosny nie czyni.


Tofu to bardzo ciekawy produkt - przyjmuje każdy smak, jaki chcemy mu nadać. Może stać się słodkie (nadzienie na naleśników z rodzynkami), słone (może np. robić na kurczaka w tortilli), kwaśnawe (masa do tofurnika). Ja jestem ostatnio dość zajęta, więc skupiłam się na przerabianiu obfitości na dania obiadowe.

Powyżej zdjęcie kotletów "jajecznych" z młodymi ziemniakami i sałatką.

Na 4 kotlety:

kostka tofu naturalnego
1 pęczek natki pietruszki
kurkuma
sól jajeczna
mąka kukurydziana

 Rozdrźyźdać tofu widelcem, dodać przyprawy i natkę, lekko dosypać mąki. Kleić zgrabne kotlety, rzucać na olej, smażyć na złotobrązowo. Moja znajoma nazwała to "kotletami z tofucznicy" i chyba faktycznie miała rację. Myślę, że sprawdziłyby się też w burgerach.
Po przekrojeniu są idealnie żółciutkie.

Tofu wędzone i tamari można zjeść po prostu na bułce z majonezem, musztardą czy chrzanem. Można też szaleć i przykrywać ich smak swoimi dziwacznymi konceptami kulinarnymi.


Tofu wędzone, obsmażone w sosie sojowym i potem duszone w pomidorach. Warto smażyć wcześniej kostki, bo nie rozwalają się potem w strzępy podczas duszenia.


Kulki twarogowe z tofu ziołowo-pomidorowego

1 kostka tofu
1 drobno pokrojona cebula
sok z 1/2 cytryny
sól, wybrane przyprawy
mąka kuku lub bułka tarta

Zblendować, zagęścić mąką, formować niewielkie kulki, obsmażyć. Udusić w sosie pomidorowym pełnym natki lub kolendry, dobrze doprawionym na ostro indyjskimi przyprawami (sabji masala, kmin rzymski, garam masala i inne).

Robiłam też tofucznicę z pomidorami i tofu wędzone w sosie z zielonego groszku i papryki.


A teraz - klasyk.

wtorek, 26 maja 2015

za co lubię Czechy


Czechy to kraj, w którym byłam kilkadziesiąt razy. Czasem przejazdem, ale zazwyczaj były to pobyty kilkudniowe czy nawet ponad tygodniowe, przemyślane, choć jak zawsze odrobinę spontaniczne - i oczywiście wyładowane po brzegi widokami, gorzkim smakiem piwa, łamanymi próbami mówienia w języku, w którym biegle czytam, ale gdy słyszę swoje wypowiedzi, to łapię się w duszy za głowę (jestem jednak w stanie na luzie prawie wszystko ze spraw praktycznych załatwić).
Jeżdżę do Czech od 1998 roku dość regularnie, ostatnimi laty coraz częściej. W 2013 z dwunastu miesięcy roku spędziłam tam ponad 40 dni. To ewidentnie kraj mi najbliższy z obcych, kraina, w której poruszam się już w miarę sprawnie i czuję bezpieczniej niż na innych, obcych ziemiach, a kody kulturowe czytam z mniejszym namysłem i wahaniem niż w Niemczech czy Holandii.


Lubię ten kraj za spokój, spokój o każdej porze dnia i nocy.
Za to, że możesz wejść do speluny, być jedyną w tym przybytku kobietą, siedzieć wśród pijanych mężczyzn oglądających mecz hokeja Czechy-Białoruś, rozmawiać z towarzyszem w obcym języku - i nikt się nie przysiądzie, nikt nie skomentuje, nikomu nie przeszkadzasz. Nikt nie PATRZY.
Za to, że piwo tańsze od wody.
Za malutkie sklepiki ze zdrową żywnością w każdym zadupiu.
Za sklepy z lanym winem, lanym do takich plastików jak po oleju - a klasy wyższej niż kupowane na masę w Polsce butelkowane Sofie czy Fresco (tfu).


Za świetną, rozbudowaną sieć kolejową, pociągi, w których nie ma tłoku i które podjeżdżają co 20 minut. Czy wiecie, że za różne typy pociągów na tej samej trasie zapłacicie tyle samo, o ile należą do Ceskych Drah (czyli nie są Pendolino, regio jetem lub Leo Expressem)? Czyli nie ma znaczenia, czy wsiadasz w osobak, rychlik czy express - płacisz za dystans, nie za komfort (nie ma zresztą na co narzekać). Bilety są bardzo tanio w porównaniu z polskimi i nikt nie zmusza do wykupienia miejscówki. Jest miejsce, siadasz. A zawsze jest.


Krótki dzień pracy - może czasem pokrzyżować plany turystce, ale mocno go popieram. Czesi nie siedzą w pracy do wieczora, nie trzymają sklepów otwartych do 22 i później, raczej wcześnie wstają, wcześnie zaczynają pracę i wcześnie ją kończą. Wiele miejsc, nawet knajp, jest do 15-15.30. U nas nie do pomyślenia, a ja się cieszę, że właściciel czy pracownik danego miejsca ma czas dla rodziny i nie musi zasuwać za grosze do nocy.


Bezpieczeństwo - byliśmy w nocy w parku w środku miasta. Naprawdę w nocy, między 22 a 23. Ludzie skracają sobie przez niego drogę, biegają samotne dziewczyny. I wcale nie są niesamowicie odważne - wiedzą, że nic złego ich nie spotka, więc czują się bezpieczne. Nikt nie drze mordy, nie bije butelek, nie ma kałuż rzygów, śpiewów po nocy.
Dwa tygodnie temu wróciłam z tygodniowej podróży po Morawach. Tak się złożyło, że akurat odbywały się mistrzostwa w hokeju, sporcie narodowym Czechów (nie pytajcie mnie dlaczego). Wszyscy pili, ale nikt nie był pijany, nikt się nie zataczał, nie krzyczał. Jedyna napotkana głośna grupa kibiców pochodziła z Finlandii.




Jedźcie, i to raczej na prowincję. Praga to naprawdę nie są Czechy.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...